czwartek, 7 stycznia 2016

Najpierw wytłumaczę się z tytułu. Pewnie kojarzycie te wszystkie internetowe quizy psychoanalityczne w stylu: "Powiedz mi jak jesz/czego słuchasz/co czytasz, a powiem Ci kim jesteś". Nie mam zielonego pojęcia, czy można im udowodnić jakąkolwiek skuteczność. Jeśli tak, ciekawe co mówią o nas nasze nawyki związane z kulturą - to gdzie słuchamy muzyki, z kim oglądamy filmy, jak wybieramy książki i tak dalej. Dzisiaj daję Wam szansę na pobawienie się w siedzenie w czyjejś głowie, czyli dzielę się jedenastoma faktami z moich wizyt w kinie (niezwiązanymi z samymi filmami). 


1. Pierwsze wyjście do kina w życiu to w moim przypadku "Spiderman". Wybraliśmy wtedy z bratem miejsca w pierwszym rzędzie i jeszcze się głupio cieszyliśmy, że były wolne...

2. Mój ulubiony moment w kinie to ten, gdy na ekranie pojawiają się zwiastuny. Nadal mam nadzieję, że kiedyś w Krakowie zostanie zorganizowana noc kinowa ze zwiastunami :) Lubię też podsłuchiwać ludzi, gdy po seansie dzielą się ze znajomymi wrażeniami.

"Amelia"

3. Sama w kinie byłam dwa razy w życiu. Za pierwszym to był zakład (powstał wtedy wpis "Dlaczego czasem warto wybrać się do kina samemu?"). Poszłam na "Drogę do zapomnienia" - wtedy dowiedziałam się, że na seansach koło 17 w poniedziałki sale kinowe bywają bardzo puste i można mieć nadzieję na prywatny seans.

4. Zawsze chciałam wyjść w połowie słabego filmu. Tylko raz widziałam jak robi to ktoś inny i wydało mi się to najlepszą recenzją na świecie. Ostatnio zrealizowałam ten punkt, bilet naprawdę nie był tego wart. 

5. Staram się nie wybierać filmu, na który idę do kina ze znajomymi. Robię tak od czasu, gdy w liceum zostałam siłą wyciągnięta na "Przeminęło z wiatrem"  - i tak przekonałam się do klasyki kina. Wspólne oglądanie filmu traktuję więc przede wszystkim jako szansę na obejrzenie czegoś, czego sama bym nie wybrała... chyba że akurat wychodzi nowy Tarantino - od takich okazji mam wokół siebie ludzi z gustem podobnym do mojego ;)

"Kiedy Harry poznał Sally"

6. Nie przyznaję się do tego publicznie, ale nie przepadam za kinami studyjnymi - chyba że wybieram się do nich w środku dnia, kiedy jest największa szansa na prawie pustą salę. "Snajpera" widziałam przy pełnej i nie wspominam najlepiej tego zerkania przez głowy ludzi siedzących przede mną.

7. Lubię stawiać różne dziwne hipotezy związane z oglądaniem filmów w kinie. Kiedyś stwierdziłam, że na dużym ekranie wszystkie produkcje wydają się dobre. Żeby to zweryfikować, chodziłam na filmy, które na pierwszy rzut oka wydawały się kiepskie. Tak wylądowałam na przykład na "Wilku z Wall Street".

8. Nie lubię rozmawiać w kinie, bo denerwuje mnie to u innych. Zdarzają się jednak wyjątki. Kiedyś na przykład w trakcie seansu "Pileckiego" komentowałyśmy z B. prawie każdą scenę. 

- Wiesz, słyszałam, że któryś aktor dostał za ten film tylko 400 złotych (generalnie "Pilecki" miał bardzo mały budżet).  

- Tak? Ale to pewnie jakaś bardzo mała rola.

(pół godziny później)

- Ta kobieta gra z takim niechceniem. Pewnie to jej dali to 400 złotych.

- Ona to akurat powinna dopłacić za to, że tak słabo zagrała...

"Teoria wielkiego podrywu"

9. Jestem jednym z tych dziwnych ludzi, którzy nie jedzą popcornu w kinie - oczywiście w przeciwieństwie do moich znajomych. Oni kupili standardowy zestaw nawet gdy szliśmy na "Kamienie na szaniec":

- Yyy, ale wy wiecie o czym to jest film?

- Spoko, zjemy zanim się zacznie.

No i mieli rację. Tego dnia dowiedziałam się komu służą te reklamy przed seansem.

10. Kiedyś przeze mnie w kinie zepsuł się projektor. 

Dobra, tak naprawdę to nie było przeze mnie, ale miałam wtedy bardzo, bardzo pechowe dwa tygodnie. Psuł się niemal każdy sprzęt, z którym miałam jakąkolwiek styczność, a na koniec jeszcze to. Nawet nie próbujcie mi wmówić, że to przypadek :)

11. Raz prawie zaprosiłam nieznajomego do kina. Ale od początku. Wygrałam dwa bilety na "Sicario", ale byłam akurat w Warszawie, gdzie nie znałam prawie nikogo. Postanowiłam nie marnować okazji, zwłaszcza że rzecz miała się dziać w najstarszym warszawskim kinie (Atlantic). Pan sprawdzający bilet zapytał o moje plus jeden.

- No niestety, nie tym razem.

- To może mnie pani zaprosi?

- Czemu nie? Zapraszam. - Dostałam wtedy kosza. Pan jednak wolał swoją pracę. 

*

To tyle. 

Jeśli ktoś z Was chce przyłączyć się do zabawy i powspominać swoje wyjścia do kina, zapraszam - chętnie poczytam o Waszych wspomnieniach związanych z kinem :)

24 komentarze:

  1. jaki fajny pomysł na wpis! I jakich ciekawych rzeczy można się o Tobie dowiedzieć! ^^
    P.S. Z jakiego filmu wyszłaś? :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję!
      A wyszłam z nowego Bonda :)

      Usuń
  2. Piątka! UWIELBIAM reklamy i zwiastuny przez filmem, nie lubię małych kin, nie przepadam za kinowym popcornem! Fantastyczny pomysł na wpis. Jeśli mam coś o Tobie z niego wywróżyć to...na pewno byśmy się kinowo dogadały!

    Pozdrawiam,
    Po Książkach Mam Kaca

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, w takim razie jeśli kiedyś gdzieś zostanie zorganizowana noc zwiastunów, musimy się na nią razem wybrać :D

      Usuń
  3. Ja tez nie jem popcornu w kinie i nienawidzę, gdy ktoś obok mnie glamie i gada. Albo szeleści torebką z chipsami. Nażreć to się można w domu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już nie wspominając o tym, że takie podjadanie jest niezdrowe! ;)

      Usuń
  4. O! Nigdy nie byłam sama w kinie, również nie przepadam za studyjnymi kinami (oprócz tego w moim rodzinnym mieście). Mój pierwszy film, który pamiętam, to 101 Dalmatyńczyków (albo 102?) :) Ogólnie, to uwielbiam chodzić do kina, chociaż robię to rzadko. Tylko raz wyszłam podczas seansu, ale to nie było ze względu na sam film, tylko to, że podczas maratonu Halloweenowego ludzie (głównie nastolatkowie) nie umieli się zachować i zamiast filmu słyszałam ich rozmowy, wrzaski i śmiechy z rzeczy, które śmieszne nie były. Wyszliśmy z chłopakiem po dwudziestu minutach filmu i obejrzeliśmy w domu inny horror, a maratonowe filmy nadrobilismy w późniejszym terminie. Szkoda tylko naszych pieniędzy, bo nikt nam ich nie zwrócił.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam Ci samotną wycieczkę do kina, ciekawe doświadczenie. Też raczej rzadko jestem w kinie i zawsze obiecuję sobie poprawę, ale niestety do tej pory nic z tego nie wyszło. Dobrze zrobiliście, szkoda nerwów ;))

      Usuń
  5. "Wilk..." wydawał ci się kiepski? Och i ach, nie rozumiem.
    Też nie jem popcornu w kinie, ale uwielbiam sobie kupić (szczególnie na jakiś blockbuster) paczkę żelków - je się je długo (to przeżuwanie ;)) i wcale nie urządza się hałasów chrupaniem. W ogóle mi nie przeszkadza jak ktoś je w kinie, póki potrawa nie chrupie. (Fun fact, kiedyś siedziałam obok Doroty Masłowskiej, która przyniosła sobie na seans pizzę :D)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc mniej więcej od połowy nudziło mi się na Wilku. Nawet na najbardziej "emocjonujących" scenach myślałam sobie: "No dobra, może popchniemy tę fabułę trochę do przodu?" ;)

      Team żelki! <3
      Pizzy jeszcze nie próbowałam wnieść do kina ;)

      Usuń
  6. Szczerze? Z większością twoich faktów całkowicie się zgadzam, bo sama mam podobne "preferencje", jeśli można tak to nazwać ;) chociaż uwielbiam kina studyjne i bardzo lubię też chodzić sama do kina :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciągle mam nadzieję, że też kiedyś przekonam się do kin studyjnych :))

      Usuń
  7. Genialny pomysł na wpis! :D Ja pierwszy raz w kinie byłam w przedszkolu na "Królu lwie" z moją "klasą" :D I w dodatku w kinie w moim mieście powiatowym, którego, oczywiście już nie ma. Piękna chwila i niesamowite wspomnienie :)

    Co do popcornu, lubię, ale wolę chodzić do wrocławskich Nowych Horyzontów, gdzie popcornu nie sprzedają - nie kuszą zapachem :D Pewnie by Ci się spodobało to kino :D

    Pozdrawiam serdecznie,
    Mona Te [Blog]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo, byłaś na Królu lwie w kinie? Zazdrość! :))
      Słyszałam już o tym kinie, ale nie wiedziałam, że nie sprzedają tam popcornu. Hm, brzmi ciekawie :D

      Usuń
  8. A już myślałam, że tylko ja nie lubię kin studyjnych. Niestety jakoś nie służy mi atmosfera małej, dusznej sali gdzie obrazy biją po oczach z nieproporcjonalnie wielkiego ekranu.
    A co do tego, że wszystkie filmy w kinie są dobre, to mam wrażenie, że lepsze :) Tzn nawet słabszy film w kinie się jakoś obroni :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak zawsze myślałam! ;)
      Zgadzam się, chociaż kilka razy trafiłam na filmy, którym nawet duży ekran nie pomógł :> Ale generalnie w kinie odbiór filmu jest chyba lepszy.

      Usuń
  9. Kina studyjne nie zawsze mają dobre nagłośnienie. Zdarzyło mi się parę razy pójść na film, na którym całkiem poważnie zastanawiałam się czy przypadkiem nie straciłam słuchu.
    Nie jem w kinie popcornu od lat za to często chodzę sama. Pierwszy raz zdarzyło mi się to, kiedy bardzo chciałam zobaczyć jakiś niezbyt komercyjny film, a akurat wszyscy bliscy byli wyjechani, zamiast więc namawiać dalsze koleżanki i ryzykować, że będą marudzić, poszłam sama. Minusem jest to, że nie ma z kim od razu podzielić się wrażeniami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobry wybór, ja kiedyś wyciągnęłam znajomą do kina na film, który nawet dla mnie okazał się katastrofą - do tej pory mam wyrzuty sumienia :> Z drugiej strony szkoda nie zobaczyć jakiegoś mniej reklamowanego filmu w kinie tylko dlatego, że nikt z naszych znajomych nie chce na niego iść. Chodzenie samemu ma sporo plusów :))

      Usuń
  10. Jestem ciekawa, z jakiego filmu wyszłaś. :D
    Co do kin studyjnych, to dla mnie ich największym minusem jest to, że ludzie przynoszą własny prowiant i zaczyna się odwijanie cukierków z papierków, otwieranie chipsów inne tego typu "przyjemności".

    Popcornu w kinie nie jem. Kupiliśmy go może raz czy dwa. Sama nie chodzę, bo włóczę się zawsze z mężem (no, parę razy byłam z kimś innym, ale to dawno ;). Mało kiedy chodzę na premiery - wolę jak na sali jest mniej ludzi.
    Najbardziej irytują mnie wyświetlacze komórek. I to, gdy ludzie śmieją się w momentach, w których się wzruszam. :D

    A pierwszy film, który widziałam w kinie, to "101 dalmatyńczyków". Rodzice nas zabrali z okazji Dnia Dziecka. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyszłam z Bonda - byłam na seansie z dwoma nowymi częściami i w pewnym momencie mi się znudziło :D Też staram się omijać premiery szerokim łukiem. Wczoraj zrobiłam wyjątek, bo był jedyny pokaz Sherlocka w kinach... straaaaszne tłumy. No i nie zabrakło świateł z telefonów komórkowych ;)

      Usuń
  11. Tez nie lubie jesc w kinie popcornu - ale za to zwiastuny mnie denerwuja :P a przynajmniej reklamy ;D pozdrawiam i zapraszam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za reklamami też nie przepadam, ale zwiastuny mogę oglądać bez końca :D

      Usuń
  12. Świetny wpis.
    W kinie nawet te gorsze filmy jakoś lepiej się prezentują. :)

    OdpowiedzUsuń
  13. No to się uśmiałam, sama planuje wpis o kinie, troszkę inny, ale juz zapraszam na niego ;)

    OdpowiedzUsuń