niedziela, 30 sierpnia 2015

Ostatnio coraz częściej zdarza się, że nie oglądam jakiegoś filmu do końca z jednego prostego powodu - szkoda mi czasu. Nie mam pojęcia jak to się stało, że nagle tak bardzo zaczęłam go cenić, chociaż z drugiej strony może to być wina niewłaściwego wyboru tytułów do obejrzenia. Przy tej okazji zaczęłam się zastanawiać, co tak właściwie możemy powiedzieć o książkach i filmach, których nie znamy w całości - że są tak tragiczne, że nawet nie dobrnęliśmy do końca, a może raczej nie jesteśmy pewni, jak je oceniać, bo widzieliśmy tylko połowę


Film, którego nie obejrzałam do końca: 
"List w butelce" (źródło zdjęcia

Jest przynajmniej kilka tytułów, o których wiem mniej więcej tyle, że nie chcę do nich wracać, chociaż obejrzałam 20, może 30 minut całości. Na pierwszym miejscu "List w butelce" - o kobiecie zakochującej się w mężczyźnie piszącym listy miłosne do innej. Oprócz tego tytuły, po których spodziewałam się czegoś przynajmniej dobrego, a mimo to nie dałam się przekonać, żeby wysiedzieć na nich do końca, czyli "Wkręceni" albo "Za jakie grzechy, dobry Boże?". (W obydwóch przypadkach humor trochę nie w moim stylu). Tak sobie myślę, że gdybym wytrwała do  napisów końcowych, moja ocena raczej by się nie zmieniła, ale z drugiej strony ostatnie dziesięć minut mogłoby przecież okazać się odkryciem...

Takie przypadki przecież się zdarzają. Żeby było zabawniej, przykład też z ekranizacji powieści Sparksa. Co prawda nagły zwrot akcji będzie zaskoczeniem tylko dla tych, którzy pierwowzoru "Bezpiecznej przystani" nie czytali, ale zakładam, że ci akurat wiedzą, na co się piszą. Istnieje szansa, że ci z pozostałych, którzy nie przepadają za ckliwymi romansami, na początku zrażą się do filmu, ale w połowie cała perspektywa trochę się zmienia. Nie robi to od razu z "Bezpiecznej przystani" arcydzieła, ale sprawia, że jest to inna historia, niż mogło się na początku wydawać.


Film, który oceniałabym inaczej, gdybym nie obejrzała go do końca:
 "Bezpieczna przystań" (źródło)

Po drugiej stronie monety mamy jednak filmy, które być może chętnie wyłączylibyśmy w połowie, gdyby tylko ktoś nam powiedział, że lepiej już nie będzie. Mimo to oglądamy dalej, czekając na moment, w którym stanie się coś nieoczekiwanego, aż tu nagle "nieoczekiwanie" na ekran wbiegają napisy końcowe. 

Zdarzyło się, że siedziałam w kinie na "Mężczyźnie (nie)potrzebnym od zaraz" i w połowie zobaczyłam ze znajomymi, że para staruszków wychodzi. Ktoś rzucił: "Może my też wyjdziemy?", ale zostaliśmy. Film się skończył, lepiej nie było, a ta para z połowy filmu przynajmniej w międzyczasie zdążyła pewnie przejść się na kawę albo zrobić cokolwiek innego. Tutaj jednak chyba nie mieliśmy nadziei na poprawę, ale czasem jest tak, że oglądamy coś na siłę i naprawdę kibicujemy filmowi, żeby "coś" się zadziało i było lepiej, jak w moim przypadku z "Grawitacją". Skończyło się na tym, że po seansie przez jakiś czas twierdziłam, że nie można zrobić dobrego kina o kosmosie. 

Jest jeszcze jedna skrajność - filmy, które być może ocenilibyśmy lepiej, gdybyśmy nie obejrzeli ich do końca. W tej chwili przychodzi mi do głowy "Apartament" (ten w reż. Paula McGuigana). Gdybym wyłączyła go wcześniej, pewnie uważałabym, że był przeciętny. Z perspektywy całości oceniam go jeszcze gorzej. 


Film, którego nie obejrzałabym do końca, gdyby ktoś mi powiedział, że lepiej nie będzie
(...no chyba że ze względu na widoki): "Grawitacja" (źródło zdjecia)

Jak to jest - kiedy już zaczniemy oglądać jakiś film czy czytać książkę, powinniśmy mimo wszystko starać się je skończyć? Kiedyś starałam się tak robić, teraz powiedziałabym raczej, że szkoda czasu, bo już sam fakt, że zwątpiliśmy w trakcie, sporo o danym tytule mówi, nawet jeśli zakończenie mogłoby sporo namieszać, bo przecież samo zakończenie filmu nie robi.

6 komentarzy:

  1. Kiedy mi jest szkoda czasu na filmy, przewijam dłużyzny, często chcę po prostu dowiedzieć się, jak to "bicie piany" się skończyło. W moim dorobku filmów, które skończyłam, chociaż ich oglądanie sprawiało mi psychiczny ból dominują najnowsze polskie komedie, które dla mnie nie umywają się do tych z poprzedniego stulecia, a nawet początku tego milenium. Wymienionych przez Ciebie filmów nie widziałam, ale kojarzę tytuły, ciekawe czy i mnie by tak "urzekły"? :)
    LeonZabookowiec.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Mało kiedy nie oglądam filmu do końca, a jeśli już, to jest to jakaś durna komedia z fekalno-seksistowskim humorem. Tu nie mam wyrzutów sumienia.
    Na "Grawitacji" ziewałam jak mops, ale wytrwałam i też uważam, że niczego bym nie straciła przerywając film po kwadransie. Może i nawet tak bym zrobiła, gdyby nie upór w oglądaniu filmów nominowanych do Oscara i fakt, że to był bardzo krótki film.

    Zaskoczyłaś mnie tym, że nie dooglądałaś "Za jakie grzechy...". Ja ryczałam ze śmiechu przez pół filmu. :P

    Co do pytania z końca notki: logicznie rzecz biorąc, szkoda czasu na coś, co nas nie ciekawi. Z wcielaniem tego w życie idzie mi już gorzej.

    OdpowiedzUsuń
  3. Hm, ja się staram doczytać/obejrzeć do końca, żeby móc tę książkę/film potem z czystym sumieniem zjechać, ale czasem jest ciężko.

    OdpowiedzUsuń
  4. Niestety ja mam tak, że muszę doczytać do końca i obejrzeć do końca. Po prostu będzie mnie to dręczyć, że tak porzuciłam tekst w połowie. Jedyny wyjątek to gry, bo tutaj już nie męczę się kilkunastu godzin, jeśli gra mi nie pasuje, ale też zawsze jestem niezadowolona, że przerywam bez poznania całości.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja tam uważam, że lepiej się nie wypowiadać o filmie nie widzianym do końca: jasne, czasem wszystko wiadomo, ale już chociażby rytm i strukturę zgadujemy.

    OdpowiedzUsuń
  6. Mam bardzo podobnie jak Ty. Kiedyś miałam (głupie) zasady, że jak coś zaczynam to kończę. Teraz zbyt szanuję swój czas, by kończyć durne książki, płytkie filmy i nudne seriale.

    OdpowiedzUsuń