niedziela, 12 października 2014

Dlaczego lubimy się bać?


Jest wieczór. Wracam do mieszkania i słyszę krzyki. Nie, to nie ten wieczór kiedy Polska wygrała z Brazylią (albo z Niemcami), ale też nikt nikogo nie próbuje zabić siłą głosu. Moje współlokatorki oglądają horror. Jako że w podstawówce (a konkretniej po obejrzeniu Egzorcyzmów Emily Rose) postanowiłam szerokim łukiem omijać ten gatunek pod każdą postacią, wkładam słuchawki na uszy i włączam jeden z głupszych seriali, jakie ostatnio widziałam. Możemy założyć, że tym razem 1:0 dla mnie, uniknęłam starcia z nieżywymi dzieciakami albo coś w tym stylu, ale przecież tak naprawdę nawet gdybym chciała, trudno byłoby poruszać się w tym kawałku kultury, który nie bazuje na strachu - nie czytać kryminałów? Nie oglądać dramatów? Chyba nikt z nas nie zdecydowałby się zrezygnować z chociaż niewielkiej dawki strachu kontrolowanego. 

Trochę to nielogiczne, że sami sobie dokładamy zmartwień, zupełnie jakby nasze życie było perfekcyjnie nudnawe do tego stopnia, że dodatkową adrenalinę musielibyśmy traktować jak kawę (niezbędną do przeżycia gdyby ktoś nie wiedział). A może wcale nie ma w tym nic dziwnego? Bo po pierwsze trup w szafie zajmuje myśli, a po drugie telewizor zawsze można wyłączyć, a z kina wyjść i o filmie zapomnieć - zawsze można sobie wmawiać, że całkowicie panujemy nad sytuacją.

Nie, to jeszcze nie to wytłumaczenie, które chciałabym mieć w głowie kiedy idę na wystawę "Zbrodnia w sztuce" albo sięgam po "Piaskuna". W obydwóch przypadkach nie jest przecież tak, że natykam się na zbrodnię chociaż broniłam się przed nią rękami i nogami, wręcz przeciwnie. To dla niej w ogóle zwraca się uwagę na takie wydarzenia, filmy czy książki. Napięcie jest wtedy miarą jakości - im wyższe tym lepiej. To dlatego większe wrażenie niż portret mordercy zrobi na nas instalacja, która zmusza obserwatora do stanięcia z nim oko w oko w zaciemnionym pomieszczeniu. 


Budować napięcie w książce jest chyba trochę trudniej niż w przypadku innych wytworów kultury, autor nie może sobie w końcu pozwolić na oddziaływanie na czytelnika dźwiękiem czy obrazem, ma do dyspozycji tylko słowo. Jeśli o mnie chodzi to duetowi kryjącemu się pod pseudonimem Lars Kepler się udało. Kilka razy przerywałam czytanie, bo musiałam zająć się czymś innym, a za każdym razem kiedy do niego wracałam - bez względu na to czy u siebie, w tramwaju czy gdziekolwiek indziej - zawsze wciągałam się tak samo, a dla mnie to jest definicja dobrego kryminału. 

U Orwella (w "Roku 1984") jest pokój, w którym trzeba się zmierzyć ze swoimi największymi lękami. Na pewno część z nas stanęłaby w nim oko w oko z psychopatycznym mordercą o spojrzeniu Anthony'ego Hopkinsa z "Milczenia owiec" albo Perkinsa z "Psychozy". Podobny charakter znajdziemy też w "Piaskunie" - to jego historia jest podstawą całej fabuły i ciekawi najbardziej. Może dlatego, że nigdy nie możemy być do końca pewni tego co siedzi w głowie takiej osoby? Próbujemy ją rozgryźć, chociaż wiemy, że najprawdopodobniej nam się to nie uda. Podobnie jak sięgamy po takie książki, chociaż wiemy, że z założenia mają wywołać w nas strach - a może właśnie dlatego?

8 komentarzy:

  1. Nie lubię horrorów ani thrillerów, ale mój mężczyzna niestety tak, więc dużo ich oglądamy. Strach jest fajny, działa trochę jak adrenalina. Dlatego, np. w parku rozrywki idziemy na najbardziej hardcorową atrakcję, mimo że aż włosy dęba stają od samego patrzenia :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedyś uwielbialam horrory, teraz mnie nudzą albo budzą niesmak i nie sięgam po nie. Może dlatego nie lubię Kinga. Razem z kryminałem i thrillerem to taki oklepany gatunek.

    OdpowiedzUsuń
  3. Chyba najbardziej bałam się czytając "Dolores Clairborne" Kinga.
    Ja raczej unikam książek obliczonych na to, żeby wywołać strach. Szukam chyba w książkach po prostu czegoś innego. Porywających historii, pięknie splecionych słów. Czasem lubię, gdy film trzyma w takim napięciu. Ale nawet tam ten strach musi być ważnym elementem opowiadanej historii, musi mieć sens. Także horror dla samego horroru - raczej nie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie mogę powiedzieć, że lubię horrory, ale jednocześnie nie mogę powiedzieć, że ich nie lubię. Problem tkwi w mojej słabej tolerancji takich produkcji, nie za bardzo lubię się bać. Kiedyś oglądałam produkcje o psychopatach, okazało się, że najlepszym lekarstwem jest śmiech i przegadanie filmu. Ale japońskich horrorów typu "Klątwa" nie byłabym w stanie obejrzeć.

    OdpowiedzUsuń
  5. Sama omijam horrory i thrillery szerokim łukiem. Do tej pory znam tylko nieliczne tytuły z tego gatunku (a mam już trochę lat skończonych) i raczej nie mam zamiaru tego zmieniać. Nie lubię się bać, zdecydowanie wolę inne uczucia i gatunki zarówno literackie jak i filmowe.

    OdpowiedzUsuń
  6. Przeżyłam dużą fascynację tym gatunkiem i ciągle są jeszcze filmy, których nie widziałam, ale planuję obejrzeć (jak Egzorcyzmy). Ale... ten gatunek ma jedną wielką wadę. W pewnym momencie, już nic nie jest w stanie cię zaskoczyć i trzeba naprawdę dobrego twórcy, żeby umiał dobrze zagrać na nerwach odbiorców. Niestety dzisiejsze horrory składają się głównie z wywalonych flaków i wszędzie lejącej się krwi, a przecież nie o to chodzi w tym gatunku. On nie ma być obrzydliwy, tylko straszny. A mam wrażenie, że wielu twórców nie zauważa tej subtelnej różnicy.

    OdpowiedzUsuń
  7. Właśnie wczoraj czytałam fragment naukowego opracowania, w którym autorka zastanawiała się nad wpływem horrorów na psychikę odbiorców. Jedna "szkoła" mówi, że dzięki grozie kontrolowanej możemy przeżywać swoiste katharsis i jest to dla nas dobre. Druga głosi, że takie treści tylko zwiększają w nas agresję. Cóż, bywa różnie. W każdym razie dobrze od czasu do czasu zmierzyć się ze strachem...choćby dzięki takim książkom. Wtedy możemy dawkować sobie lekturę, przerwać ją w każdym momencie, a po ochłonięciu do niej wrócić. Wygląda na to, że "Piaskun" nadaje się do tego idealnie;)

    I nie do końca zgadzam się z Agatą - w niektórych horrorach (np. gore) chodzi własnie o flaki, krew i szok. To po prostu taka odmiana tego nurtu. I nie jest to charakterystyczne tylko dla dzisiejszych horrorów;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Uwielbiam horrory, ale szczerze mówiąc, nigdy nie zastanawiałam się dlaczego ;) czasem mam wrażenie, że mój organizm akceptuje tylko takie wytwory (obejrzałam ostatnio "Trzy metry nad niebem" i to był dla mnie prawie horror z prawdziwego zdarzenia ! :D )

    OdpowiedzUsuń