piątek, 5 września 2014

W liceum na zajęciach z Wiedzy o kulturze mieliśmy namalować jakiś zamek czy kościół, nieważne (swoją drogą tyle nadziei związanych z nazwą tego przedmiotu, a tu ktoś łączy historię z plastyką - czy życie może być jeszcze bardziej okrutne?). Chodzi o to, że już na samym początku powiedziałam koleżance z ławki, że w moim przypadku nic dobrego z tego wyjść nie może, bo ja kompletnie nie umiem malować, a plastykę przetrwałam tylko dlatego, że do prac dorabiałam teorie o tym, jak niedociągnięcia podnoszą ich wartość artystyczną. Tak się złożyło, że akurat wtedy obok nas przechodziła nauczycielka i wszystko słyszała. Chyba nawet próbowała mnie jakoś zmotywować, ale ja swoje i tak wiedziałam. 

Mimo wszystko wyszło świetnie. Nie, to nie jest kolejna bajkowa opowieść o tym, jak z nieudacznika w danej dziedzinie można stać się z ekspertem, ja tak naprawdę do dzisiaj rysować nie umiem. Prawda jest taka, że poszłam trochę na skróty i załatwiłam sobie pomocnika... no dobra, tak właściwie to wszystko od zera zrobił za mnie kolega. Efekt był rewelacyjny, a ja mogłam to stwierdzić obiektywnie, bo do rysunku nie przyłożyłam ręki. Nauczycielka popatrzyła na kościół (czy tam zamek), potem na mnie, uśmiechnęła się i powiedziała: 

- No widzisz? Nie wyszło tak źle! 

I wstawiła mi ocenę o stopień niższą niż prawie wszystkim w klasie. Nie żeby jakoś szczególnie mi to przeszkadzało, ale nie mogłam tego zrozumieć, przecież rysunek NAPRAWDĘ był bardzo dobry. Najpierw pomyślałam, że to taka zwyczajna niesprawiedliwość, której przecież pełno na świecie, ale potem zrozumiałam, że ta ocena to efekt mojego zachowania. Wmówiłam wszystkim, a przy okazji także nauczycielce, że nie potrafię rysować, a ona nie miała żadnego powodu, żeby mi nie wierzyć. Już na starcie byłam więc na straconej pozycji, bo skoro mnie samej nie podoba się to co robię, jakim cudem miałby docenić to ktoś inny?

Mniej więcej wtedy dotarło do mnie, że po prostu nie można innym podawać siebie na tacy z tekstem w stylu: "Hej, jestem tutaj taka mała i zakompleksiona, a ty w ogóle się mną nie przejmuj", bo w ten sposób pozwalamy im oceniać siebie niżej niż jesteśmy tego warci. Albo odwrotnie: pewność siebie - nawet taka trochę udawana - niesamowicie ułatwia życie.

Wątpię czy każdy z bohaterów filmów, książek czy seriali uznawany według normalnych standardów za "zbyt" pewnego siebie zrozumiał, że warto być kimś takim właśnie w szkole, ale jestem pewna, że musiał kiedyś przejść lekcję w tym stylu - a w każdym razie ciężko mi wyobrazić sobie małego House'a, który mówi, że wszyscy są idiotami podczas gdy on sam jest nieomylny (chociaż tak naprawdę wcale nie jest).


W ostatnich latach mamy prawdziwy wysyp postaci takich jak on, zwłaszcza w najpopularniejszych serialach. Wydaje się jakby teraz już nie dało się stworzyć fabuły bez aroganckiego dupka, którego tak naprawdę wszyscy lubią. Ciekawe jest to, że w prawdziwym życiu większość z nas pewnie by go nie znosiła, ale obserwując go na ekranie możemy sobie wyobrażać, że jesteśmy w jego drużynie ("My przeciwko całemu światu" i tak dalej), a wspomnianymi wcześniej idiotami są wszyscy inni, bo przecież nie my. 

Ta bezczelna pewność siebie zwykle występuje w różnych odcieniach, ale prawie zawsze łączy się z dużą inteligencją - nieważne w jakiej dziedzinie, bohater po prostu nie może być przeciętny. Czy to tylko zasługa jego wiedzy i doświadczenia, czy też trochę wizerunku, jaki w naszych oczach on sam kreuje, możemy się tylko zastanawiać - choćby na przykładzie Suits, gdzie mamy dwóch bardzo mądrych prawników (Harvey i Louis), ale tylko jeden z nich jest tak naprawdę gwiazdą. 


Kiedy myślałam o tym, od kogo to się mogło zacząć, do głowy przyszedł mi Sherlock. Przypomniano sobie o nim najpierw dzięki filmowi z Robertem Downey Jr., a potem za sprawą serialu z Benedictem Cumberbatchem, ale tak naprawdę Holmes już od XIX wieku istniał w świadomości czytelników jako genialny detektyw doskonale zdający sobie sprawę z tego, że jest genialny. Coraz częstsze odkurzanie jego postaci w popkulturze i tworzenie postaci o zbliżonej osobowości to taki dowód na to, że pewność siebie, nawet nadmierna, jest w cenie, a może też okazja do tego, żeby wreszcie poczytać o przygodach Sherlocka w wersji pierwotnej, tej zaproponowanej przez Doyle'a? :)



Cegiełka na zdjęciu to "Studium w szkarłacie", "Znak czterech" i "Pies 
Baskerville'ów" wydane przez Zysk i S-ka, bo sama też czasem korzystam 
ze swoich rad i kilka dni temu postanowiłam jeszcze raz je przeczytać ;)

29 komentarzy:

  1. Znam też ludzi, którzy funkcjonują w odwrotny sposób. Mówią, że na niczym się nie znają, ale... ble ble ble. I mówią to w taki sposób, że bierze się ich za prawdziwych mędrców :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam takie coś ze szkoły: dzieci, które twierdziły, że "nic nie umieją" na klasówkę, a potem (jak zwykle) dostawały piątkę. W dorosłym życiu jednak nie spotykam się z takim zjawiskiem.

      Usuń
    2. Haha, joly - właśnie to samo mi przyszło do głowy. Albo np. jak się chciało od kogoś pracę domową odpisać, to było "ja mam źle..", a potem najlepsza ocena. Co do aroganckich dupków, to takich też niestety sporo na swojej drodze spotykam, ale z inteligencją to oni nie mają nic wspólnego..

      Usuń
    3. A' propo szkoly, tak jak napisala joly_fh, nigdy nie bylam pewna czy cos umiem, pamietam itp. I do tej pory jest tak. W zasadzie to jest prawda, a nie ze "nie chce przyznac sie ze wszystko umiem"- po prostu pod tym wzgledem jestem malo pewna siebie ;)
      Ale zbytnia pewnosc siebie chyba tez nie ejst zbyt dobra... :)

      Usuń
    4. Przyłączam się do tłumaczenia Katsuumi - to nie jest tak, że takie typy opowiadają że nic nie umieją żeby wyjść na fajnych czy coś, oni naprawdę wierzą w to, że nic nie umieją - sama miałam dokładnie to samo aż do historii z lekcją wiedzy o kulturze ;))

      Usuń
  2. Jest mnóstwo postaci wykreowanych przez popkulturę na przesadnie pewnych siebie osobników, to fakt, ale czy życie to film? Czy w rzeczywistości naprawdę wolimy za nadto przekonanych o swojej wartości ludzi? Z drugiej strony, niewiele mniej jest postaci wykreowanych na szare myszki, które są nieco zakompleksione. Czy to one kradną nasze serca?
    Jak dla mnie to wszystko jest mocno przesadzone. W filmie czy książce mogę to zaakceptować, ale w realnym życiu raczej nie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, w zwyczajnym życiu toleruje się raczej zwyczajną pewność siebie - ale i tak to ona wygrywa w zestawieniu z byciem jednym wielkim chodzącym kompleksem :)

      Usuń
  3. Takie doświadczenie uczy to fakt. Czasem nie doceniamy siebie i pokazujemy innym, że nie jesteśmy czegoś warci. To mnie dziwi. Ale z drugiej strony w chwilach słabości myślę tak samo. To dobrze, że są osoby, które wierzą w siebie i swoje umiejętności. Ale z drugiej strony nadmiar osób, które się z tym obnoszą też nie jest taki dobry.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najfajniejsza jest chyba taka pewność siebie, która daje nam swobodę działania (bo sobie ufamy i nie boimy się działać), ale której jednocześnie nie pokazujemy wszystkim na każdym kroku.

      Usuń
  4. U mnie była normalna historia sztuki na tych zajęciach, nawet potem maturę z tego zdawałam :-)
    Ja doznałam tego olśnienia trochę wcześniej. Nie byłam zbytnio lubiana w podstawówce, byłam płaczliwa i zawsze się wycofywałam. U mnie ta przemiana zaszła z dnia na dzień. Pewnego dnia zapytałam sama siebie, dlaczego uciekam i robię krok w tył? Bo mama powiedziała, że dziewczynki nie powinny się kłócić, bo nikt ich nie będzie lubił? I tak mnie nie lubili, więc zaczęłam walczyć, odszczekiwać się i być złośliwa dla tych, którzy zaczepiali mnie. Nie miałam nic do stracenia i o dziwo dużo zyskałam. Nigdy tego nie analizowałam aż tak dogłębnie jak Ty :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest chyba coś, do czego każdy dochodzi w pewnym momencie sam, ale nie pod wpływem banałów w stylu: "Bądź sobą!" tylko jakoś tak zupełnie przypadkiem ;>

      Usuń
  5. House to idealny przykład. Oglądałam kilka odcinków Sherlocka (średnio ten serial mi się podobał) i myślę sobie skądś znam tego mądralę. Oczywiście, wypisz wymaluj House.
    I jeszcze w tym temacie kojarzą mi się politycy, bezczelni, pewni siebie, przyspawani do stołków, plują w twarz swoim przeciwnikom i mają gdzieś jakiekolwiek zasady.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, w zawód polityka wpisane jest wierzenie w to, że tylko ty masz rację i stawianie sobie za życiowy cel przekonanie innych, że oni jej nie mają. Polityka mogłaby się uczyć od kultury dystansu i patrzenia na sprawę z różnych perspektyw ;)

      Usuń
  6. Bohaterowie książek, filmów i seriali mogą być aroganckimi dupkami przekonanymi o własnej nieomylności, tylko że oni są do tego uprawnieni, bo są nawet nie "bardzo inteligentni", tylko zwyczajnie genialni. No i są zmyśleni :).
    W zwyczajnym życiu nie dość, że geniuszy jak na lekarstwo, to jeszcze ci najbardziej pewni siebie czasem okazują się frajerami, których nikt nie chce słuchać :).
    W sumie do tego, o czym piszesz, pasuje mi tylko przykład Harveya - daje się czasem brzydko wykiwać, coś partaczy, myli się, ale mimo to pewności siebie nie traci, tylko że tego wymaga jego zawód (prawnik, który wątpi, to byłaby tragedia) i dostaliśmy odpowiednią ilość scen pokazujących jego bezsilność. I House, i Holmes moim zdaniem nie są jakoś przesadnie pewni siebie, po prostu wiedzą coś na sto procent i jeśli czegoś są pewni, to swojej wiedzy.
    No i nie powiedziałabym, żeby postać Sherlocka Holmesa wymagała jakiegoś szczególnego przypominania o sobie, bo raczej nikt o nim nie zapomniał, jest cały czas w ruchu ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to jak zmyśleni! Nie mogę się napatrzeć jak oprócz pracy na cały etat biorą jeszcze na przykład studia, praktycznie nie śpią i z wszystkim sobie świetnie radzą (przykład z Suits) - jasne, kto w prawdziwym życiu by to wytrzymał? ;)
      Nie śledziłam House'a na bieżąco, ale wydaje mi się, że kojarzę wątki, w których eksperymentował z różnymi sposobami leczenia, bo nie znał przyczyny złego stanu zdrowia pacjenta, więc on też taki do końca nieomylny nie był. A co do Sherlocka to racja, on chyba nie zaliczał wpadek ;) I fakt, że do tej pory nikt o nim nie zapomniał, tylko trochę szkoda, że większość osób kojarzy go z serialem albo filmami, a nie wersją książkową ;>

      Usuń
    2. I mają do tego czas oglądać jakieś niewyobrażalne ilości filmów :D.
      Z Housem to chyba było tak, że on nie tyle po prostu nie wiedział, co jest przyczyną, co miał za mało danych, żeby to stwierdzić, więc wybrane na zasadzie największego prawdopodobieństwa skuteczności leczenie miało tylko ujawnić kolejne reakcje, które naprowadzą ich na jeszcze jeden trop. Choć fakt, nieomylności twórcy mu chyba nie chcieli wmówić.

      Usuń
  7. Ja lubię jak ktoś mnie chwali i jak wiem ze coś mi wyszło to nie zaprzeczam. Ale taka już jestem że byle porażka może mnie złamać i moja umiarkowana pewność siebie znika... Taka już jestem po prostu . Bardzo mądry artykuł. Ale ludzie to nie aktorzy w serialach- nikt nie jest tak błyskotliwy jak House i ni kt nie ma w garści ripost w zanadrzu 24 na dobę.
    moje-poczytajki,blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niestety, chociaż może też na szczęście, bo taki prawdziwy geniusz musi się nieźle nudzić z przeciętniakami ;)

      Usuń
  8. Całkiem niedawno doszłam do podobnych wniosków, co Ty w szkole. Nikt mnie nie doceni, jeśli ja się nie będzie cenić. Także o swoich obawach mówię tylko najbliższym, a przed resztą staram się być pewna siebie. Oczywiście nie za bardzo, bo od pewności siebie do arogancji droga niedaleka. A moda na aroganckich bohaterów trwa, bo chyba każdy w głębi serca chciałby być geniuszem, kimś innym od wszystkich :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, każdy z nas ma w sobie maleńką potrzebę bycia geniuszem uruchamianą od czasu do czasu (a najczęściej właśnie przy okazji oglądania super inteligentnych ludzi w telewizji... rodzice ostrzegali, że tv robi pranie mózgu ^^).

      Usuń
    2. Jak widać mieli rację :D

      Usuń
  9. Też się ostatnio zastanawiałam czemu lubimy postacie, które tak naprawdę są socjopatami (na przykładzie Wina z książek Cobena). Ciekawy problem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może dlatego, że każdemu z nas czasem się wydaje, że jest aspołeczny a jak widzi to u innych w nadmiarze to jest mu trochę lżej? :D

      Usuń
  10. Całkiem nie dawno odkryłam, że pewność siebie, nawet taka trochę udawana może działać cuda. Masz rację, wmawiamy ludziom to, co sami myślimy o sobie. A raczej w jakiś dziwny sposób promieniujemy tym na otoczenie.
    Pewność siebie jest atrakcyjna i dobrze się sprzedaje. Takie postacie są "sexy" i mają pazur. Ale z drugiej strony nieśmiali detektyw Monk czy porucznik Colombo też kupili sobie rzesze wiernych fanów :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Racja, ci mniej przebojowi też podbijają serca widzów - i do tego są postaciami, które chyba dałoby się bardziej lubić w rzeczywistości ;)

      Usuń
  11. Takie postaci są dla nas atrakcyjne w książkach i filmach, ale w rzeczywistości pewnie mielibyśmy ochotę zrobić im jakąś krzywdę;) A Sherlocka zdecydowanie lepiej poznać najpierw w tej oryginalnej wersji. Chociażby po to, żeby później móc wyłapywać nawiązania do książek obecne w ekranizacjach;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, wtedy zupełnie inaczej patrzy się na film/serial ;)

      Usuń
  12. Nie bez powodu mówi się, że jeśli człowiek sam siebie nie ceni, to nikt go nie doceni (chyba, że po śmierci...). Przygody Sherlocka mam w planach. Póki co za mną jedynie "Pies Baskerville'ów" i muszę przyznać, że troszkę ta pewność siebie Sherlocka mnie irytowała, chociaż oczywiście książka bardzo mi się podobała.

    OdpowiedzUsuń
  13. Rozbroiłaś mnie obrazkiem z Housem :) zapomniałam już za co tak bardzo go lubię :) dzięki :)

    OdpowiedzUsuń