poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Poprzedni wpis: Co sztuka robi na ulicy? Po pierwsze przekazuje ideę 


Czasami nawet niewielkie zmiany robią ogromną różnicę - właśnie dlatego
street art ma szansę stać się w przyszłości elementem rozpoznawczym wielu miast (źródło).

Tyle się mówi o pierwszym wrażeniu. 

Kiedy "odkrywasz" jakieś miejsce, pierwsze z czym się zderzasz to budynki - one opowiadają ci o tym, czego możesz się mniej więcej spodziewać. W centrum Krakowa zobaczysz przede wszystkim zabytkowe kamienice, bo to miasto stosunkowo stare, nastawione w dużym stopniu na swoją historię i kulturę. Warszawa to wieżowce rozstawione w lekkim chaosie, a Zakopane kojarzy się z drewnianymi domkami. Architektura tworzy klimat nawet najmniejszej miejscowości, a street art? On nie ma zbyt wielkiego wyjścia, w końcu jest do tych ścian (prawie dosłownie) przylepiony. Jeśli dobrze się tej sztuce przyjrzymy, możemy zobaczyć, że ona też wpływa na atrakcyjność turystyczną danego miejsca i jak mało co promuje miasto albo zniechęca do jego ponownego odwiedzenia. 

Chyba jako pierwsi zauważyli to Francuzi (dlatego to z ich kraju pochodzą street arty, które właśnie oglądacie) i nic dziwnego, bo to u nich ta sztuka na ulicy i nie tylko zawsze żyła najmocniej. Jak na złość od razu przypomina mi się pierwsza scena z bajki Disneya "Dzwonnik z Notre Dame", w której ludzie tańczą na ulicy. Co prawda byli oni Cyganami, nie Francuzami i jakby tego było mało szybko ich przepędzono, ale że działo się to w Paryżu, możemy chyba uznać ten przykład za jakiś tam argument.  

Street art staje się jeszcze jednym ze sposobów na wzmocnienie charakteru miasta, podkreślenie jego wyjątkowości. Daje on szerokie pole do popisu, bo pozwala wywlec na ulicę kawałek historii (czyli na przykład przypominanie o Powstaniu Warszawskim) i kultury (filmowe murale w Cannes albo, trochę bliżej nas, prace Jerzego Rojkowskiego w Krakowie).


W Cannes zadbano o to by ktoś, kto przed przybyciem do miasta nie kojarzył go
z kinem, szybko ten niewybaczalny błąd naprawił (źródło). 

To przyciąga turystów. Ci, którzy to zauważyli, już teraz organizują różne atrakcje związane ze street artem. Zainteresowani mogą wybrać się na przykład na szlak śladami miejskich murali - choćby w Krakowie, Gdańsku czy Warszawie. Plusem jest to, że najczęściej odbywa się to pod okiem przewodnika, który może podrzucić kilka ciekawostek na temat ciekawszych dzieł. Bardzo często też wstęp jest darmowy, warto więc poszukać czegoś podobnego w swoim mieście. Street art doczekał się też kilku festiwali, na przykład w Katowicach

Trzeba jednak pamiętać, że nie miłośnicy tej formy sztuki, a wszyscy odwiedzający dane miasto są jej potencjalnymi odbiorcami. Dlatego jej podstawowa funkcja jest czysto estetyczna (to straszne, wiem, przecież tu chodzi o SZTUKĘ, a nie kafelki w łazience) - powinna upiększać miasto, a przede wszystkim zakrywać jego słabsze strony. Z jednej strony jest to tańsze od renowacji, z drugiej przy dobrym pomyśle może dać znacznie ciekawsze efekty. 

Tam, gdzie wpasowuje się w tło, wygląda zdecydowanie najlepiej - street art nie musi być wielki, kolorowy, byle miał swój klimat, który chociaż trochę pasuje do miejsca jego "zaczepienia".


Stare, odrapane ściany mogą straszyć turystów i przygnębiać mieszkańców miasta, ale 
mogą też stać się tłem prostych i znaczących dzieł, a nawet wzmocnić ich przekaz (źródło).

Bez względu na to, czy są to humorystyczne rysunki, napisy mające zwracać na siebie uwagę (mój ulubiony w Krakowie: "Did you smile today?" :)) czy murale tak niesamowite, że doceni je nawet ktoś kompletnie nieznający się na sztuce, zmieniają one przestrzeń publiczną - można twierdzić, że na lepsze albo gorsze, ale chyba nikt nie zaprzeczy, że sztuka na ulicy robi różnicę (często w przeciwieństwie do tej, która kurzy się w muzeach, ale tu już kolejny temat).

Kiedy myślę o tym, dlaczego miasta powinny "inwestować" w tego typu sztukę, przypominam sobie wizytę w jednym z krakowskich barów z frytkami. Same frytki nie bardzo mi smakowały i pewnie szybko bym o tym miejscu zapomniała, gdyby nie zabawne rysunki i napisy na ścianach w stylu: "Ona mnie nie chce Bo jestem brzydki Bo słucham reggae I lubię frytki", które do teraz gdzieś tam w głowie siedzą. Dobre pierwsze wrażenie to podstawa. 

To nie turyści są jednak najważniejsi, a stali mieszkańcy, których jakość życia ma się poprawiać dzięki kolorom, jakich nabiera ich miasto. Skoro wspólna przestrzeń może zachwycać, inspirować i nastawiać pozytywnie do sztuki, dlaczego miałaby tego nie robić? Oczywiście z wyczuciem, wszystko ma przecież swoje granice, nawet zapotrzebowanie na kulturę :)


Kreatywne "naprawianie" przestrzeni publicznej to pomysł, dzięki któremu każdy
budynek ma szansę stać się atrakcją turystyczną (źródło).

Gdybyście chcieli poczytać trochę więcej na ten temat, odsyłam was do źródeł, dzięki którym powstał ten wpis:

1) Street art i władze(a) miasta - Marek Krajewski.

2) Ten, ten i ten artykuł.

3) Ten filmik.

6 komentarzy:

  1. Również uwielbiam sztukę miejską. Jeśli zwiedzam jakieś nowe miasto, zawsze staram się uchwycić murale, które znajdę osobiście :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Kocham takie rzeczy. Rysunki na budowlach, które mają sens...jestem na tak! ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. W wakacyjnym magazynie Znak jest poruszony właśnie ten temat :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, w takim razie muszę go dorwać ;))

      Usuń
  4. Uwielbiam street art!

    http://laucagliata.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń