środa, 23 lipca 2014

Pomysł nauki poprzez zabawę nie jest wcale nowy, ale stosunkowo niedawno dostał on swoją nazwę, gamification, co w tłumaczeniu na polski daje już nie tak dobrze brzmiącą grywalizację (kolejny przykład mody na skracanie i łączenie słów). Chodzi o to, żeby stworzyć produkt, który w sposób bezbolesny, a nawet przyjemny, przemyci do umysłu wiedzę na dowolny temat - bez konieczności wbijania jej tam tysiącem gwoździ w postaci powtórek i siedzenia nad książkami.

Najlepszy przykład, pewnie dobrze znany większości, to monopoly, eurobiznes i wszystkie inne gry tego rodzaju. Zwykłe planszówki traktowane jako forma rozrywki, a uczą choćby tego, jakie zabytki znajdują się na liście UNESCO. Dzieciaki grają dla zabawy i zapamiętują przeróżne szczegóły z chęci pokonania kolegów, a nie dlatego, że następnego dnia jest test i po prostu trzeba wkuć coś, czego za tydzień nie będzie się już pamiętać. Mój znajomy twierdzi, że na podobnej zasadzie działają gry strategiczne, bo uczą historii... powiedzmy, że wierzę mu na słowo :))

Chyba najbardziej te wszystkie próby znalezienia alternatywy dla tradycyjnego, nudnego sposobu nauki, widać na rynku języków obcych: fiszki, e-platformy, magazyny takie jak BEM, filmiki na youtube - to wszystko ma pozwolić zapomnieć o tym, że poświęcamy czas wolny na coś, co z definicji przyjemne nie jest, a nawet boli. Łączyć przyjemne z pożytecznym próbował nawet Sheldon, bohater Teorii Wielkiego Podrywu, który stworzył swój własny program: Fun with flags.


Sheldon jako gwiazda internetu i jego najwierniejszy fan (źródło).

W BEMowym artykule mowa jednak o innym pomyśle na przemycenie nauki: grze World Peace Game. Jest to polityczna symulacja, która ma uczyć (tak w skrócie) dyplomacji, głównie w celu wyplątania swojego państwa z niebezpiecznych okoliczności takich jak zagrożenie wojną czy kryzys ekonomiczny. Gra ma przekazywać praktyczną wiedzę i uczyć między innymi tego, że warto wspólnie pracować nad rozwiązaniem problemu. 

Jej twórca, John Hunter, opowiedział o swoim pomyśle w wystąpieniu w ramach konferencji TED (o samym TEDzie była już mowa kilka razy, między innymi tu i tu, a to dlatego, że sama oglądam te filmiki nałogowo :)).

 

Zawsze kiedy słyszę o kreatywnym podejściu do nauczania, myślę sobie: "No fajnie, ale czy to nie jest po prostu kolejny pomysł zrealizowany trochę na siłę?". Chyba nikt nie miałby problemu z przypomnieniem sobie zajęć, wydarzeń czy choćby książek, które miały być przełomowe, prezentować inne podejście, zmieniać naukę w przyjemność, a wyszło jak wyszło. Tym razem pomyślałam jednak o czymś innym: że taka gra jest teraz bardzo potrzebna i sama chętnie bym w nią zagrała. Na pierwszy rzut oka wygląda całkiem skomplikowanie, a słuchając o niej można naprawdę nieźle się wkręcić - nie ma mowy o nudzie. 

PS. Z innych ciekawych artykułów w lipcowo-sierpniowym wydaniu Business English Magazine po raz kolejny ebooki są zestawiane z książkami papierowymi, mowa też o stanie konta Lady Gagi i wreszcie można pooglądać świetne zdjęcia z Portugalii, która często niesłusznie jest pomijana w planach turystycznych i biznesowych.

3 komentarze:

  1. Łączenie nauki i zabawy nie jest niczym nowym, ale czasem można wykorzystać jakieś elementy. Ale zestawienie książek papierowych i e-booków bym przeczytała :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pamiętam, jak tracąc godziny na grze w jakieś czołgi, tłumaczyłam sobie, że przecież gra jest po angielsku, więc przy okazji się uczę. Taaa... Po ukończeniu misji był krótki tekst gratulacyjny, a przed rozpoczęciem misji: kilka słów o tym na czym ma ona polegać. :D

    Więc czasami to faktycznie usprawiedliwienie marnowania czasu. A czasem - jak w przypadku wspomnianych magazynów czy oglądania filmu bez lektora (a najlepiej i bez napisów) faktycznie łączy przyjemne z pożytecznym.

    OdpowiedzUsuń
  3. Grywalizacja ;-) Ja się nigdy nie uczyłem przez zabawę ani nie planuję, bo uważam, że efekty mogą być kiepskie, jeśli nie opłakane. Preferuję tradycje metody nauki.

    OdpowiedzUsuń