piątek, 25 lipca 2014


Przeglądałyśmy z B. nowości w księgarni. Ona szukała czegoś lekkiego i z ładną okładką (ani trochę się jej nie dziwię, zresztą sama kiedyś pisałam, że oceniam po okładce), a ja podrzucałam jej książki na wakacje, które kojarzę - i przy okazji zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo jestem do tyłu ze wszystkim, co nie jest literaturą faktu. "Apetyt" obydwie oceniłyśmy jako właściwy wybór, bo okładka swój klimat ma, a i fabuła zapowiadała się nieźle, chyba że ktoś nie lubi czytać o kuchni i gotowaniuCo prawda książka nie należy do najkrótszych (574 strony), ale szybko oceniłam, że dwa dni z nią powinny wystarczyć. Nie wystarczyły - i wcale nie jestem pewna, czy to dobrze.

Zaczęło się od zdziwienia, bo zwykle o jedzeniu piszą kobiety i robią to w bardzo charakterystyczny sposób: opowiadają o deserach, rozpływają się nad słodkościami, a wszystko inne spychają na dalszy plan, w końcu babeczki to magia, a flaczki oznaczają brudną robotę. Za to Philip Kazan rzuca na stół - przy pomocy swojego bohatera, syna rzeźnika - mięso i to na nim skupia uwagę czytelnika, który odwiedza Nina w kuchni. Nie kojarzę chyba książki o jedzeniu napisanej przez mężczyznę i powiem wam, że czytanie czegoś takiego to zupełnie inne doświadczenie. Zaskoczeniem był dla mnie też czas akcji (XV-wieczna Florencja), ale tutaj akurat powodem jest to, że unikam zerkania na opisy książek przed ich przeczytaniem. 

Nie jest jednak tak, że kompletnie brakuje tego, co mają "typowe" powieści o gotowaniu. Tutaj też jedzenie to coś niezwykłego. Można powiedzieć, na przekór Sokratesowi, że ludzie żyją po to, żeby jeść. 

Główny bohater zmusza nawet innych do opowiadania o tym, czego próbują:

"Kradłem tylko po to, by zobaczyć, jak sok ścieka jej po brodzie, a gdy kończyła jeść, pytałem, jak smakował.

- Spróbuj! - mówiła, podając mi zmasakrowaną nektarynkę.

- Nie, nie, opowiedz mi - prosiłem, a ona spełniała mają prośbę".

Jednocześnie on sam pięknie o jedzeniu mówi i to jest chyba największą siłą "Apetytu". Problem tylko w tym, że zaleta bardzo łatwo może stać się słabością kiedy ktoś, kto lubi opisywać, zaczyna czepiać się miliona szczegółów. Rany, czy my naprawdę analizujemy wygląd twarzy danej osoby kiedy witamy się z nią po raz setny? Albo koniecznie musimy wytłumaczyć komuś ze szczegółami, jak wyglądał pokój, w którym jedliśmy kolację, kiedy mówimy o tym wydarzeniu? Miłośnicy opisów pewnie będą zachwyceni, ja czułam się trochę przytłoczona ich ilością i to sprawiło, że ostatnie sto stron czytałam już z lekkim znużeniem, a główny bohater zaczął mnie denerwować. 

Nie jest to zła książka, ale nie nie sądzę, żebym poleciła ją B., gdybyśmy jeszcze kiedyś wybrały się razem do księgarni (chociaż coś mi się wydaje, że okładka jednak wygra z moją niezbyt entuzjastyczną oceną :)).

5 komentarzy:

  1. Jak dotąd czytałam same zachwyty nad tą książką i nabrałam ochoty na jej przeczytanie. Teraz trochę mój zapał ostygł, ale pewnie i tak się z tym dziełem zmierzę, co może nie jest najlepszym pomysłem, biorąc pod uwagę fakt, że nie lubię czytać o gotowaniu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kuszą mnie realia tej książki, ale sama treść? Nie lubię gotować, nie czytuję książek kucharskich w jakiejkolwiek formie i nie sądzę, by ta była w stanie mnie zainteresować :/

    OdpowiedzUsuń
  3. Okładka i mnie by zachęciła;)
    Mam wrażenie, że główny bohater za bardzo wszystko analizuje...to już wygląda jak jakieś zaburzenie;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Pierwszy raz słyszę o tej książce i myślę, że może być nawet interesująco. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. I am curious to find out what blog platform you're utilizing?
    I'm experiencing some small security problems with
    my latest site and I would like to find something more safe.
    Do youu have any suggestions?

    Also viwit my site - buy free twitter followers app

    OdpowiedzUsuń