sobota, 14 czerwca 2014

(źródło zdjęcia)

Tak z ręką na sercu - kto z lubiących kulturę i aktywnie korzystających z internetu (kulturalnych internautów? :)) nigdy nie przesłuchał piosenki na Youtube albo nie oglądał premiery długo wyczekiwanego serialu w streamie, nie szukał ebooka na Chomikuj, nie oglądał filmu na Kinomaniaku, nie pożyczył książki od znajomego i tak dalej? Założę się, że każdy ma na swoim koncie jakiś kontakt z kulturą, który mieści się (nawet jeśli pozostaje legalny) w obiegu nieformalnym, czyli tym krytykowanym przez większość artystów, wydawców i dystrybutorów odwołujących się do etyki, choć tak naprawdę wszyscy wiemy, że chodzi o pieniądze i z racjonalnego punktu widzenia nie można się temu dziwić... chociaż? Czy ktoś w ogóle kiedyś zbadał, jak bardzo obieg nieformalny szkodzi temu, na którym zarabia przemysł kulturalny? 

Nie pójdę do kina, obejrzę w sieci

Mamy takie mocne słowo na określenie tego, co ludzie robią w internecie, żeby się dostać do "darmowych" treści kultury - piractwo, traktowane najczęściej jako synonim kradzieży. Wrzucamy do tego worka wszystko: od legalnego pobrania pliku po dajmy na to jego nielegalne udostępnienie. Szczególnie w odniesieniu do literatury mówi się o tym, że to nóż w plecy rynku, który już i tak ledwo zipie, bo ludzie nie czytają, więc kto ma kupować te wszystkie książki? 

I nagle pojawia się komentarz twórców "Gry o tron" (najczęściej nielegalnie pobieranego serialu dwóch ostatnich lat), że takie nieformalne obiegi treści nie są wyłącznie złe, bo wokół serialu jest coraz głośniej, a jego wpływ na popkulturę rośnie*. Zaraz, zaraz, czy ktoś tutaj upadł na głowę? Zamiast standardowego: "Nie róbcie tak, bo nie będzie nas stać na kolejny sezon i to wy będziecie tymi, którzy ucierpią najbardziej", ciche przyzwolenie? Jakim cudem ta cała kradzież mogłaby się komuś opłacać?

Piosenkę ściągnę, ale polecę znajomym i zapłacę za koncert?

Trik polega na tym, że bardzo często te osoby, które oglądają film w sieci, nie tylko opowiadają o nim znajomym, robiąc mu tym samym najlepszą możliwą reklamę, ale też wybierają się do kina na inną produkcję danych twórców, kupują gadżety z filmu albo książkę z biografią aktora grającego główną rolę. Podobnie w przypadku muzyki - są ludzie, którzy nie płacą za płyty, ale już za wejściówki na pojedyncze koncerty czy całe festiwale jak najbardziej. Zainteresowanie kulturą działa w sposób łańcuchowy, potwierdzają to badania zebrane w raporcie Obiegi Kultury.

Nie jest więc tak, że ci, którzy znajdują interesujące ich treści w internecie, za kulturę w ogóle nie płacą, wręcz przeciwnie. Internauci, którym nieobce są takie strony jak Chomikuj czy Kinomaniak, stanowią największy odsetek kupujących książki, muzykę czy filmy. 

(źródło - Obiegi Kultury)

Wyników badania na pewno nie powinniśmy traktować jako dowodu na to, że nielegalny kontakt milionów ludzi kulturze nie szkodzi i jest trochę mniej nieetyczny niż się wszystkim wydaje, ale warto na niego spojrzeć żeby mieć świadomość, jak wygląda ta druga strona medalu. 

_________________________________

* Artykuł.

12 komentarzy:

  1. Prawda. Gdyby nie Ten-Zły-Internet nie poszłabym na kilka koncertów i nie kupiła tyyyylu książek (ale to przez recenzje). Z kinem jeszcze kuleję, ale to kwestia czasu - mam nadzieję :)
    No i zdecydowanie jestem tą, która poleca :D Mogę się pochwalić kilkoma zadowolonymi z książek koleżankami :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kolejny ciekawy tekst artykuł nawet powiem. Właśnie dziś kupiłam trzy książki sobie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Na mnie Internet zupełnie nie działa, bo e-book nie ma takiej duszy jak papierowe wydanie ;)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobry tekst i świetny temat. Należę do tych dziwnych ludzi, którzy lubią oglądać filmy kilka razy z rzędu, dlatego taki Underworld, który obejrzałam w pirackiej wersji, zmusił mnie by kupić go w ładnej jakości. Do tego doszedł zakup pozostałych części trylogii (moje skarby!) i zmarnowana kasa za bilet na Przebudzenie.
    Ogólnie uważam, że piractwo jest złe, bo przez nie tracę za dużo kasy w sklepach i kinach. Zły internet, zły!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tam jestem leniwa, więc nie będę płodzić własnej wypowiedzi, tylko powiem, że popieram całkowicie Gosiarellę, Zły internet, zły!

      Usuń
  5. Myślę, że warto też zauważyć, że źli internauci nie robią tego wszystkiego tylko dlatego, że są źli do szpiku kości i nie chcą dać nikomu zarobić. Czasem naprawdę bardzo chcę obejrzeć film albo jakiś starszy serial. I gdzie go dostanę? W Empiku? Pff, sorry, nie tym razem. W wypożyczalni? A nie, postawili na jej miejsce klub ze striptizem. Jakoś legalnie przez internet, przez normalnie działające źródło sprzedaży produktów kultury? Yyy, no nie bardzo, chyba że najpierw wykupisz cały pakiet niepotrzebnych do niczego dodatków czy innych programów, z których i tak nigdy nie skorzystasz, a do tego dopłacisz jeszcze trochę, to może uda się cokolwiek zobaczyć. Ostatecznie czasem kończę we własnej wyobraźni jako bardzo smutna postać z wyciągniętą przed siebie ręką ściskającą banknot, którego nikt nie chce ode mnie wziąć.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ciekawy tekst który daje do myślenia.

    OdpowiedzUsuń
  7. Kiedyś coś tam skrobałem na temat piractwa, więc się wypowiem. Jestem zdania, że piractwo wspiera i buduje kulturę. Nie jest to wbrew pozorom pogląd niepoparty argumentami - nawet twórcy dzieł kultury coraz częściej o tym mówią, czego przykładem może być poczytny autor Neil Gaiman ( http://www.eksiazki.org/neil-gaiman-o-piractwie/ ). Sam od dłuższego czasu kupuję głównie te książki, które już wcześniej czytałem - a to na czytniku, a to wypożyczone z biblioteki. Podobnie jest z muzyką. Jeśli chodzi o seriale - nie wydaje mi się, bym szkodził komukolwiek, oglądając serial, którego nie ma w Polskiej ramówce. Krótko mówiąc, całe to wieszczenie upadku kultury z powodu piractwa jest raczej niepoważne.

    OdpowiedzUsuń
  8. ja się całkowicie zgadzam, bo im więcej czytamy, oglądamy, słuchamy tym większa szansa, że to, co takie nasze ulubione i najlepsze - kupimy ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Po pierwsze: dla mnie nie ma różnicy, nawet jeżeli przepisy to różnicują, między pobieraniem a udostępnianiem. Czym to się właściwie różni od paserstwa? W 99% przypadkach wiemy, że dany plik (muzyka, film, e-book) jest udostępniony nielegalnie, lecz i tak go ściągamy. Osoba, która udostępnia, jest przestępcą, ja nie robię nic złego... to takie wygodne myślenie, nieprawdaż?

    Po drugie: przykład z "Grą o tron" jest według mnie ździebko nietrafiony. Bądź co bądź to produkcja kierowana do odbiorców z całego świata i którą można zaszczepić na wielu rynkach (nie wspominając, że w tym przypadku serial zrobił z "Got" markę, taką jak np. "Harry Potter", "Gwiezdne Wojny" czy "Władca pierścieni" - prócz obrazu mamy też całą masę innych rzeczy, od książek przez koszuli aż do kubków, z których producenci mogą czerpać zyski... zresztą sama o tym piszesz). Podobnie inne treści dostępne w języku angielskim - języku międzynarodowy. Tym produktom rzeczywiście piractwo pomaga (chociażby producencie mają dane, gdzie dany produkt się najlepiej przyjmie). Co innego rynek krajowy. Wartość eksportowa naszych wytworów kultury jest bardzo mała, dlatego warto wspierać rodzimych twórców, bo jeżeli nie my, to kto? Nie chcę w tym miejscu sugerować, że zagranicznych można okradać, a naszych to nie wypada. Chodzi mi raczej o to, żeby być ostrożnym w porównywaniu zarówno w przypadku rynku krajowego i zagranicznego, jak i rynku filmów i np. książek.

    Po trzecie: nie jestem całkowitym przeciwnikiem piractwa (sam nie jestem bez winy). Niemniej wkurza mnie podejście opisane w punkcie pierwszy - jeżeli kradniesz, to miej odwagę się do tego przyznać, zamiast zasłaniać się głupimi przepisami. Obarcz tym swoje sumienie. Irytuje mnie też podejście opisane w punkcie drugim - twórcom "Gry o tron" nie robi różnicy tysiąc czy więcej pobrań serialu, ale rodzimemu pisarzowi (zwłaszcza debiutantowi) już raczej tak. Zgadzam się, piractwo pomaga w spopularyzowaniu danego dzieła (jakiegokolwiek: film, muzyka...) - nie popadajmy jednak w samozachwyt (kto z ręką na sercu może powiedzieć, że KAŻDĄ rzecz, którą ściągnął, później kupił - jest ktoś taki? No właśnie... Skąd pewność, że dzięki temu, że pobrałem plik z dziełem, autor zarobił na nim więcej niż gdyby go kupił?). Nie jesteśmy rycerzami bez skazy walczącymi dla dobra i rozwoju kultury. Nieco umiaru w tych pochwałach piractwa.

    Dobra, na razie tyle ;-) Lepiej już, mniej nudno?^^
    (Czekam na zjedzenie w komentarzach, smacznego).

    Na koniec dwa linki.
    Jeden całkiem na poważnie, tak dla przeciwwagi do wychwalania piratów przez producentów "Got" i innych twórców:
    http://www.zombiesamurai.pl/2013/05/pobieranie-muzyki-ze-spotify/

    Drugi trochę z przymrużeniem oka, jednakże warto zastanowić się nad tym, co koleś mówi (zwłaszcza w kontekście tłumaczenia pt. "spiraciłem, bo nie stać mnie na kupno"):
    https://www.youtube.com/watch?v=SuPDcQF1XBE

    PS. Nie oglądałem filmu na Kinomaniaku, serio. Nie rozumiem ludzi, którzy to robią (robili?, zamknęli go chyba czy jakoś tak...) - no bo ja to tak oglądać nie w HD, pfff...!

    OdpowiedzUsuń
  10. Sieć nie jest niczym złym. Można wiele fajnych filmów obejrzeć i pobrać plików :D Korzystam z http://www.filefox.pl - zawsze tam znajdę to czego poszukuję. Fajne miejsce ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Zawsze było tak, że część ludzi aktywnie uczestniczyła w kulturze, a pozostali nie. Jedni wolą poczytać książkę, a inni pójść na festyn z kiełbaskami i muzyką disco - polo (i czy tego chcemy czy nie to też jest jakaś kultura, która na dodatek ma więcej zwolenników niż przeciwników). Z racji tego, że mąż robi zdjęcia na takich festynach (taka praca) to widzę, że cieszą się one większą popularnością niż ambitne wydarzenia, na których także bywamy. Co do sieci - to tu każdy ma wybór i wcale nie musi kraść by korzystać z kultury!
    kolodynska.pl

    OdpowiedzUsuń