niedziela, 29 czerwca 2014


Leszek Bugajski pisze o tym, że kultura (a właściwie popkultura, narzekanie na tę wyższą chyba nie byłoby w dobrym smaku) staje się coraz bardziej infantylna, a to pozwala unikać odpowiedzialności, pewnie nawet ucisza część krytyki. Mając te słowa w głowie trudno nie myśleć o tym, że tytuł "Kupa kultury" to dla jego książki swojego rodzaju zabezpieczenie: "Halo, ja tutaj tylko wyrażam swoje własne zdanie, a to chyba mogę robić tak, jak mi się podoba, prawda?" - i trzeba mu przyznać, że z tego prawa jak najbardziej korzysta, przeplatając konkretną wiedzę na temat współczesnej kultury z kąśliwymi uwagami, które nawet w publicystyce ciężko strawić, gdy są podawane w nadmiarze.

Z czym (pop)kultura ma problem?

Z komercją. Często wyznaczanie granic pomiędzy kulturą wysoką i popularną to w rzeczywistości jej dzielenie na tę nudną (w domyśle: bardziej wymagającą) i lekką, przyjemną, bo skrojoną pod widza. Pierwsza ma być formą artystycznego wyrazu, druga - sposobem na zarabianie jakich wiele. Bardzo to krzywdzące. bo robienie czegoś tylko i wyłącznie z pasją nie zawsze musi kończyć się dobrze, a nastawienie na zarobek nie oznacza automatycznie, że ktoś masowo tworzy półprodukty (od razu przypomina mi się podział blogerów książkowych na tych, którzy czują się "powołani" i tych wyciągających ręce po darmowe lektury - o dziwo przykłady dobrych i złych można bez problemu znaleźć tak w jednej grupie, jak i w drugiej). Trudno byłoby jednak zaprzeczyć, że jest coraz więcej powodów do tego, żeby popkultury nie traktować poważnie. Chyba nikt nie miałby najmniejszego problemu z wymienieniem kilku filmów czy książek tak schematycznych, że wypadałoby nawet mieć nadzieję, że tworzonych z założeniem, że masowy odbiorca to idiota, bo jeśli nie to znak, że jest naprawdę źle. 

Z ignorancją. W "Kupie kultury" mowa tylko o jednej formie ignorowania kultury, ale jej lektura każe zastanowić się nad jeszcze drugą. Pierwsza, wiadomo, standardowe podejście pod tytułem: "Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiony jestem". Ludzie coraz częściej dają sobie prawo do ignorowania największych klasyków, mało tego - przyznawanie się do tego przestało być krępujące. Kolejny grzech ignorancji dotyczy tych z drugiej strony stołu: czytają książki, które każdy inteligent powinien znać, oglądają filmy, które uderzają widzem o ścianę, a na resztę sztuki patrzą z góry, mocno ją przy tym spłaszczając, a przecież popkultura to przynajmniej kilka warstw, nie jeden poziom kiczu


Kicz, komercjalizacja, podlizywanie się gustom przeciętnych...? A może największym 
problemem popkultury jest to, że wszystkie jej twory wrzucane są przez krytyków do 
jednego worka? (Źródło zdjęcia).

Z definiowaniem swoich celów. Są te wzniosłe: kultura odbija i kształtuje zbiorową podświadomość. To to, co do niej przyciąga - jest obrazem rzeczywistości, ale też na jego wygląd wpływa. Są też te codzienne, bo po ciężkim dniu/tygodniu/roku nie chcemy tak naprawdę sztuki, która zmusi do myślenia, ale szukamy czegoś, co pozwoli odpocząć, zapomnieć, poprawić sobie humor. Przechylając się w jedną stronę twierdzimy, że artysta nie może tworzyć z myślą o odbiorcy, a o tak prozaiczne sprawy jak przyszła emerytura powinno w jego przypadku troszczyć się państwo. Patrząc z drugiej, nie rozumiemy tego, dlaczego kulturę powinno się dotować, bo przecież jeśli na coś jest popyt to samo się na rynku utrzyma, a jeśli nie - sorry winnetou

Z niedookreślonością. Kultura to taki termin, w którym można zmieścić wszystko, bo to nie tylko sztuka, ale też zachowania komunikacyjne (kultura społeczna) czy zdobycze cywilizacyjne (kultura materialna). Bugajski teoretycznie skupia się na tej pierwszej, stawiając znak równości między kulturą a sztuką, ale nie przeszkadza mu to w kąśliwym pisaniu o feminizmie, kościele, urzędnikach, największym złu tego świata (oprócz popkultury oczywiście). Trochę to wszystko zgorzkniałe, trochę zbyt oczywiste, bo ile już razy próbowano sprowadzić popkulturę do parteru wspominając o Bieberze czy Pięćdziesięciu twarzach Greya albo zaczynano wypowiedź od: "Sfrustrowane życiem feministki powiedziałyby, że..." licząc na to, że wszyscy przytakną i zaczną klaskać (bo jeśli się nie zgadzasz to jesteś głupią babą).


Za każdym razem kiedy słyszę, że ktoś wyśmiewa feministki, "bo skoro takie wyzwolone to czemu nie idą pracować do kopalni" zastanawiam się, ile lat spędził tam ktoś, kto o to pyta (źródło zdjęcia).

Książka ułożona rozdziałami w alfabet, co powinno chyba powstrzymać wrażenie chaosu, ale ono i tak gdzieś tam jest, bo niektóre teksty są bardzo w temacie i nieźle napisane, a inne wcisnęły się chyba do środka mając nadzieję, że nikt ich tam nie zauważy. 6/10?

2 komentarze:

  1. Jestem ciekawa tej książki, jak wszystkich innych opinii o popkulturze. Jest to przecież zjawisko ciekawe i bardzo złożone.
    http://zakurzone-stronice.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Choć sam temat ciekawy to książka nie bardzo mnie przekonuje.

    OdpowiedzUsuń