czwartek, 26 czerwca 2014


Czasami większość ludzi wierzy w to, że ziemia jest płaska jak naleśnik, aż ktoś postanowi udowodnić, że jest inaczej, ale chyba trochę częściej zdarzają się sytuacje, w których grupa podejmuje lepszą decyzję - jeśli nie, pytanie innych o zdanie przed podjęciem ważnej decyzji i mówienie, że co dwie głowy to nie jedna, jest trochę głupie i kompletnie bezsensowne z naszej strony... 

Przenoszenie przewagi grupy ludzi nad jednostką na różne dziedziny życia to crowdsourcing. Każdy z pewnością słyszał o jego różnych odmianach: zawodach, z których wyłania się najlepszego, opcji pozwalającej zapytać publiczności o zdanie w Milionerach, pracy w skali mikro, czyli wykonywaniu powtarzającej się części większego zadania i najpopularniejszej ostatnio - crowdfundingu. Wszystkie te pomysły są wykorzystywane na rynku literatury z różnym efektem. 

Niech wygra najlepszy, czyli nagrody literackie

Tych w literaturze cały wysyp - od literackiego Nobla, przez prestiżową Nikę i nagrody przypisane konkretnym gatunkom (jak nagroda im. Kapuścińskiego w literaturze faktu), po konkursy organizowane z myślą o początkujących (dla przykładu dzięki stypendium im. Kapuścińskiego powstała książka "Południe", Andrzeja Muszyńskiego).

Niewiele jest chyba rzeczy bardziej niesprawiedliwych niż konkurs, w którym zwycięzcę wybiera kilka osób o guście ukształtowanym w konkretnym kierunku. Książki mają to do siebie, że właściwie nie można obiektywnie uszeregować ich od najlepszej do najgorszej. Ale są też plusy, bo najbardziej popularne konkursy są traktowane jak znak jakości i przyciągają wielu czytelników, a przy okazji robią trochę szumu wokół literatury.


Szymborską potraktujmy jako ikonę nagród, bo najpierw sama Nobla dostała, 
a potem jeszcze stworzono nagrodę jej imienia (źródło zdjęcia). 


Jak się dorzucisz to sobie przeczytasz, czyli crowdfunding

To brzmi jak szaleństwo: wrzucasz do sieci informację o tym, że napisałeś książkę, ale złe, sprzedajne i populistyczne wydawnictwa wyrzucają ją do kosza (i to pewnie nawet przed przeczytaniem!) i czekasz na pieniądze od ludzi, którzy nawet cię nie znają. Są jednak przypadki osób, które od pomysłu do jego realizacji doszły właśnie dzięki finansowaniu społecznościowemu - i autorzy też próbują. Najgłośniejszym chyba przykładem był Krzysztof Bielecki, który postanowił wydać "I nagle wszystko się kończy" dzięki crowdfundingowi (co ciekawe, to nie jest jego debiut).

Problem z powstawaniem nowych dróg do publikacji własnego tytułu jest oczywisty: rynek jest dosłownie zalewany książkami. W tym momencie nawet najbardziej wytrwały czytelnik nie jest w stanie zapoznać się ze wszystkimi, które go interesują, a być może nawet do nich dotrzeć, bo musi przedzierać się przez tony innych. Trudno nie myśleć też o tym, że w ślad za ilością najczęściej nie idzie jakość, ale w tej kwestii sporo grzechów na swoich sumieniach mają nawet wydawnictwa, dlaczego więc nie pozwolić tłumowi zapłacić za to, co chciałby przeczytać? 


Od kilku lat liczba tytułów książek dostępnych na rynku rośnie.
Jest się z czego cieszyć? A może to też powód do narzekań? (źródło).

Pozostałych form crowdsourcingu także w literaturze nie brakuje, pozostaje tylko czekać, aż na popularności zyska pytanie czytelników o to, kto powinien okazać się mordercą powstającego właśnie kryminału albo który bohater ma zginąć w następnym tomie (czy fani mogą pokochać kogoś bardziej niż wtedy, gdy ta osoba pozwoli im poczuć się współtwórcą opowieści?).


Oprócz tematu crowdsourcingu, w Business English Magazine artykuł o słowie "gender", które (ze względu na swoją kontrowersyjność) zostało wybrane wyrazem roku 2013, tekst przedstawiający Etiopię trochę inną niż ta, której obraz większość ma w głowie czy coś o tym, jak się buduje film z klocków Lego :) 

1 komentarz: