środa, 9 kwietnia 2014

"Drogę do zapomnienia" wybrałam trochę na chybił-trafił i trochę z sympatii do Colina Firtha. Może ten sam przypadek przywiał na salę kinową pozostałe sześć osób? Podobna frekwencja z nóg nie zwala, ale i nie jest szczególnym zaskoczeniem, bo temat trudny, bo na ekranie obok "Noe. Wybrany przez Boga" i najzwyczajniej w świecie mało komu chce się chodzić do kina w poniedziałkowe wieczory. 

Ale wiecie co? Z tej siódemki piątka wychodziła pociągając nosami i tak mi się wydaje, że nikt nie żałował dwóch godzin przesiedzianych na tej sali, z tą historią na ekranie. W każdym razie ja nie żałowałam.


Sama konstrukcja niczym nas nie zaskoczy. "Droga do zapomnienia" to opowieść o człowieku, który w czasie II Wojny Światowej był więźniem japońskiego obozu jenieckiego, przedstawiona w dwóch perspektywach czasowych - wtedy i dziś. Widz dostaje na wstępie lekko romantyczny epizod. Wszystko po to, żeby potem na zasadzie kontrastu mocniej odczuł okropieństwa wojny i tego, co zostaje w głowach ludzi, którzy brali w niej udział.

Fabuła została oparta na prawdziwej historii. W tle budowa tak zwanej Kolei Śmierci, czyli Kolei Birmańskiej tworzonej rękami ludności cywilnej i alianckich jeńców wojennych. Na pierwszym planie dwa pytania: o to, ile człowiek jest w stanie znieść i jak wiele krzywd może mu wyrządzić inny, ale też - jaki wpływ ma na nas wsparcie kogoś, na kim nam zależy.


Decydując się na ten film trzeba wziąć pod uwagę to, że jest on przede wszystkim dramatem psychologicznym i najwięcej dzieje się w nim na poziomie psychiki. Nie znaczy to, że akcja stoi w miejscu, ale ma ona zdecydowanie mniejsze znaczenie.

W oczy rzuca się na pewno - może to nie najwłaściwsze słowo, ale akurat ono przyszło mi do głowy kilka razy w czasie seansu - subtelność, z jaką nakręcono "Drogę do zapomnienia". Większości najbrutalniejszych scen nie pokazano dosłownie, robiąc zbliżenia na maltretowanego, ale na zasadzie sugestii, z dźwiękami uderzania i reakcjami znajdujących się najbliżej ludzi. Taki właśnie jest cały film: to wyzwanie aktorskie i próba dotarcia do widza z całkiem ważnym przesłaniem, ale nie najkrótszą drogą.

_____________________________


Zdjęcia: Filmweb

11 komentarzy:

  1. Zdecydowanie muszę ten film zobaczyć. Właściwie zdecydowałam o tym już przy projekcji zwiastunów, a odkąd wszedł do kin, jestem jeszcze bardziej zdeterminowana. Mam tylko nadzieję, że na co dzień frekwencja jest trochę większa niż na Twoim seansie - chciałabym mieć jeszcze kilka dni na przeczytanie książki i spokojne wybranie terminu, więc liczę, że film nie zniknie z afisza tak od razu. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie słyszałam o tym filmie i widzę, że to był błąd. Zapisuję sobie, żeby nie zapomnieć.

    Co do filmu "Noe", to ze zwiastuna wnioskuję, że jest to jakaś farsa...

    OdpowiedzUsuń
  3. Najpierw przeczytam książką... ale cieszę się, że go polecasz. Też lubię Colina <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Film idealny dla mnie, ale najpierw muszę przeczytać książkę:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten film jestem gotowa obejrzeć choćby dla samego Colina. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Niestety mam duże opóźnienia w najnowszych filmach i być może dlatego nie słyszałam wcześniej o tym filmie. Ciesze się, że o nim napisałaś bo wiem, że to coś dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Każde słowo w Twojej recenzji zachęca mnie do obejrzenia tego filmu.

    OdpowiedzUsuń
  8. Obejrzałabym dla Colina :) Jeszcze nigdy nie zawiodłam się na filmie z nim.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ambitnie, interesująco, pięknie. No i Colin...

    OdpowiedzUsuń
  10. Do kina nie pójdę. Poczekam aż będę go mogła w domu oglądnąć, a najpierw książka, gdyż widzę, że jest. Cieszy fakt, że film jest wart oglądnięcia nie tylko dla Colin Firtha, który jest moim ulubieńcem.

    OdpowiedzUsuń