środa, 13 listopada 2013

To nie jest tak, że ktoś dopiero teraz wpadł na pomysł wydawania nieukończonych albo niesatysfakcjonujących samego autora dzieł, bo stwierdził, że ciemna czytelnicza masa wchłonie dosłownie wszystko. Pośmiertnie wydano książki Marii Dąbrowskiej, Ernesta Hemingwaya czy Marcela Pagnola, a najmocniejszym przykładem jest chyba "Proces", bez którego europejska literatura byłaby słabsza o jeden całkiem znaczący tytuł. 

Gdzieś w tej grupie, na granicy dobrego smaku, można spróbować umieścić "Mroczną wieżę", C.S. Lewisa. Nie jest to przykład z rodzaju brontowskiego "Profesora", książki wydanej co prawda po śmierci Charlotty, ale takiej, o którą ona sama walczyła i którą w druku zobaczyć chciała, ale równie daleko jest do gombrowiczowskiego "Kronosa", czyli wyciągania na wierzch osobistych wspomnień nieprzeznaczonych dla nikogo. 


Mroczna wieża, C.S. Lewis

Lewis "Mroczną wieżę" i pozostałe opowiadania pisał pewnie z myślą o publikacji, tyle że gdzieś po drodze zabrakło pomysłu na ciąg dalszy, więc rzucał jeden tekst na korzyść następnego. Wytłumaczenie całkiem logiczne, chociaż brakuje mu dramatyzmu rodem z Meyer, która nie dokończyła duplikowania "Zmierzchu", bo pierwsze rozdziały Midnight sun wyciekły do sieci, a ona w związku z tym postanowiła śmiertelnie się obrazić. 

Nie, nic z tych rzeczy, tutaj zwyczajnie: proza życia. Zero natchnienia, pewnie niewiele więcej motywacji. Za plecami kilka napisanych stron, przed siebie lepiej nie patrzeć, bo można skończyć jak bohaterowie wyprawy na marsa z jednego z opowiadań - w połowie zdania. 

Tylko - no właśnie - szkoda byłoby zmarnować takie teksty. Wszystko to urwane, pokończone nie tam gdzie trzeba, ale ma ręce i nogi. Niektóre opowiadania są nawet lepsze od serii, z którą Lewis jest najbardziej kojarzony, czyli "Opowieści z Narnii". Może po prostu wbijanie szpili tam gdzie trzeba zamiast bezpośredniego sypania morałami i mieszanie filozofii z elementami horroru jest bardziej lewisowe niż jemu samemu się wydawało? 

Mroczna wieża, C.S. Lewis
Lewis potrafi zmusić do nieodkładania jego książki nawet w środku nocy (źródło) :) 

Opowiadania z "Mrocznej wieży" to taki zupełnie inny Lewis i właściwie nie do końca wiadomo, komu można by je polecić. Gdyby były skończone, idealnie nadawałyby się jako alternatywa dla ludzi ceniących dobre pióro, ale uciekających od religii chrześcijańskiej, którą wypełnione są "Listy starego diabła do młodego", "Błądzenie pielgrzyma" i wszystkie inne jego książki, włącznie z "Opowieściami z Narnii". Tutaj jest inaczej, rzeczywistość miesza się z wyobraźnią, poruszane są zagadnienia reinkarnacji, podróży w czasie i pewnie równie trudnych do wyobrażenia w wieku XX (a nawet teraz) wypraw na Marsa. 

Niestety jednak teksty skończone nie są i o tym zapominać nie wolno. Nie miały też szansy na wprowadzenie poprawek, ale to akurat im nie zaszkodziło. To jednak sprawia, że "Mroczna wieża" jest tytułem raczej dla wielbicieli lewisowej twórczości niż nowych czytelników. 

10 komentarzy:

  1. Ajajajaj! Podpisuję się wszystkimi kończynami pod twoim tekstem - mamy niemal identyczne wrażenia po lekturze :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ciekawe spostrzeżenia. I naprawdę refleksyjna recenzja.
    To strasznie smutne tak swoja drogą, zbijanie kasy na człowieku, który już nie żyje, wiec też niczego nie może zabronić...
    Lewisa czytałam tylko wspomnianą Narnię, jeszcze jako mała dziewczynka. Teraz czekam na okazję, by zabrać się za "Dopóki mamy twarze". Posłużyłam siże linkiem powyżej i już widzę, że czytałaś i polecasz ;) Czas chyba bym się w nią wyposażyła ;) A "Mroczną wieżę" puki co sobie odpuszczam.

    Pozdrawiam i zapraszam do siebie:
    http://beauty-little-moment.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. A mnie Narnia nie wchłonęła nigdy, pierwsza część była okay, ale potem Książę Kaspian mnie wynudził więc porzuciłam, a po dorosłe książki Lewisa też jakoś nie miałam ochoty sięgnąć (może instynktownie czułam te religijne tematy o których wspominasz, takich unikam jak diabeł święconej wody ;)), ale tutaj, po Twojej recenzji, mam ochotę przewrotnie sięgnąć po "Mroczną wieżę" :).

    OdpowiedzUsuń
  4. Jako nowy czytelnik zacznę chyba od lżejszego tytułu Lewisa. ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. "Proces" to jeszcze nic. Czytałam kiedyś "Zamek" - to dopiero łamigłówka...
    Za tę książkę Lewisa się nie zabiorę. Zbyt mało znam jego twórczość.

    OdpowiedzUsuń
  6. Trudno mi się wypowiedzieć, czy myślę, jak ty, bo nie czytałem żadnej z tych książek. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Cieszę się, że powstają takie nieukończone dzieła autora. Jest to warte uwagi, a i przydatne dla świata. Kiedy czytam o jakimś autorze, którego nie ma, a którego dzieła są wydawane, zastanawiam się czy on by chciał, aby ludzie je ujrzeli? Tak samo jest teraz w przypadku Dzienników Osieckiej. Niby sama je redagowała, ale nie wyraziła się nigdy jasno, czy chce, aby ludzie zobaczyli jej osobiste spostrzeżenia; czy tak samo jak jej listy z Przyborą... To bardzo kontrowersyjny temat.
    Cieszę się, że przypomniałaś mi o Kronosie, bo zapomniałam, że miałam go w planach. Po Lewisa póki co nie sięgnę, ale mam na uwadze tę książkę :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ciekawe.
    Poleciłam Twojego bloga u siebie ;) http://fashhiion.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  9. Mam na półce! ciekawe jakie wrażenie zrobi na mnie :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Mrocznej wieży nie czytałam, choć przyznam, że po Listach starego diabła....nie wiem czy lubię takiego Lewisa. Mimo to doskonale wiem o czym piszesz - mam wrażenie, że co roku odkrywa się "nowe" dzieła Tolkiena, których autor tak bardzo świadomie nie publikował.

    OdpowiedzUsuń