czwartek, 31 października 2013

Piszący aktorzy, sportowcy, piosenkarze i ich kucharki czy sprzątaczki to temat, do którego można przyczepić się na podobnej zasadzie, co do ekranizacji powieści: z jednej strony przyciągają do książek nawet tych, którzy ostatnio przeczytali co najwyżej przydługi status znajomego na facebooku, a z drugiej potrafią być niezłą szpilą dla literatury.

Pytanie na teraz już nawet nie dotyczy tego, czy sztuka powinna być zamknięta na literackie próby każdego, kto chciałby coś napisać, ale - co najwyżej - na jakiej półce je umieścić? Taki Prus na przykład. Nazwisko w świecie książek już wyrobione. Tylko czy "Wszystkie barwy siatkówki" mogłyby się z "Lalką" dogadać? Może. Na migi.



Tylko co to za problem dla kogoś, kto Marcina Prusa kojarzy z dziwnymi fryzurami i siatkarską karierą? Pewnie żaden, bo kiedy ktoś mówi o swojej pasji ze świecącymi się oczami, a do tego nie jest statystycznym Kowalskim wziętym z ulicy, można mu wybaczyć to i owo. Czasem trochę więcej niż mniej, ale za to z uśmiechem na ustach. 

Przynajmniej na początku, bo im głębiej w temat, tym mniej światła. Anegdotki z życia siatkarza najczęściej kończą się słowami: "Chcecie znać szczegóły? Zapytajcie mnie o to na spotkaniu autorskim". Co prawda o tym, że można spróbować zburzyć czwartą ścianę, pomyśleli już starożytni Grecy (w kontekście teatru, ale przyjmijmy, że literatura działa tutaj podobnie), a do Czytelnika zwracały się choćby siostry Bronte, ale co za dużo to zaczyna denerwować, a już zwłaszcza kiedy bohaterami książki są częściej długonogie blondynki niż piłka przebijana na drugą stronę. 

Na szczęście nie wszystkiego można się przyczepić, bo Prusowi zdarzyło się też pisać ciekawie, choćby o męczących początkach i chyba jeszcze trudniejszym zakończeniu kariery i o miłości do siatkówki. Trzeba mu przyznać, że rzeczywiście opisał różne barwy tego sportu - od jego najprzyjemniejszych aspektów do chwil, kiedy nie wszystko jest takie świetne, jak komuś z boku mogłoby się wydawać. 

Tej jego książki nie warto czytać dla języka czy błyskotliwych myśli, ale już dla samego Prusa można spróbować - choćby po to, żeby wiedzieć, jak bardzo dobrze jest nie być jego sąsiadem. 


6 komentarzy:

  1. No nie! A miało być tak pięknie!

    Ale i tak przypomnę się po świętach i pożyczę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja miło wspominam lekturę tej książki :) wiadomo, literatura wysokich lotów to nie jest, ale czyta się szybko i przyjemnie. Do tego jest zabawie i tak normalnie, bez gwiazdorzenia, czy pseudointelektualnych wywodów. Od takich książek oczekuję rozrywki, a jak chcę przeżywać wielkie literackie uniesienia to sięgam do serii Proza Świata z Czarnego :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ostatnie zdanie twojego wpisu mnie rozbawiło. ;) Z takimi nazwiskami jak Prus, Mickiewicz etc. to jest trochę tak: z jednej strony nazwisko, jak to ujęłaś, już wyrobione, z drugiej natomiast kolejna przeszkoda do pokonania - skojarzenia, od których niektórzy chcą się uwolnić.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dla samego Prusa po książkę nie sięgnę bo jego osoba jest mi obojętna :)

    OdpowiedzUsuń