poniedziałek, 14 października 2013

Oceniam po okładce

Red Umbrella

Zdjęcie bez związku, po prostu wszystko wygląda dzisiaj niewyraźnie  / źródło zdjęcia

Czytelników też dzieli się na lepszych i gorszych. Jeśli czytasz harlequiny, nie znasz Gombrowicza albo oceniasz książki po okładce, zawsze znajdzie się ktoś, kto pokiwa głową i pomyśli: "Dobrze, dobrze, wracaj już do tej swojej piaskownicy..." i wcale nie będzie to osoba jedna na milion.

Przykład z zeszłego roku. Antykwariat. Stoję nad książkami, przeglądam różne tytuły. Po jakimś czasie w ręce wpada mi kieszonkowy "Rok 1984" Orwella, którego uwielbiam.

- Jest wersja pełnowymiarowa? - pytam sprzedawcę.

- Ma pani na myśli taką z większymi literakami? - odpowiada z taką kpiną w głosie, że przez sekundę sama się dziwię, co to właściwie za różnica i czemu głupia chciałam a-piątkę.

Potem jednak złośliwie przypomniałam sobie, że tego samego pana pytałam kiedyś o Jane Eyre, a on poprosił o podanie jakiegoś tytułu jej książki. 

1:1? 

Nie do końca, bo ja zostałam przy swoim i nadal oceniam po okładce, a do tego raczej nie zwracam uwagi na kieszonkówki. Jeśli coś nie prezentuje się dobrze na półce to dlaczego ja mam na to wydawać pieniądze (zwłaszcza że nawet wydawca nie wierzy w to, że w dany tytuł warto zainwestować)?

Nie chodzi o to, żeby od razu tworzyć konkretne zasady projektowania warstwy zewnętrznej książki, ale gdzie brakuje estetyki, tam ciężko uratować tekst dobry, już nie mówiąc o przeciętnym. Są takie lektury, po które ciężko byłoby mi sięgnąć nawet gdyby polecał je ktoś, o kim wiem, że dobrze zna mój gust (mnóstwo przykładów jest choćby tutaj):


Niektórzy by chcieli wyjść z photoshopem na twarzy do ludzi, a tutaj można i co? 

Jest też druga strona: okładki tak dobre, że po książkę sięga się choćby tylko ze względu na nie. Sposób dobry jak każdy inny, a przynajmniej amerykańscy naukowcy jeszcze nie udowodnili, że w takim przypadku prawdopodobieństwo nietrafienia w gust jest większe (nawet jeśli to ostatnio usłyszałam bardzo mądre słowa w tym temacie: statystyka dla jednostki nic nie znaczy).

Oceniając tylko i wyłącznie wygląd postanowiłam przeczytać "Dopóki mamy twarze", "Królową" i "Rok w Poziomce". Pierwsza okazała się rewelacyjna, drugą nieźle się czytało, a trzecia była katastrofą, ale przynajmniej mam już za sobą zastanawianie się, o co chodzi z tą całą Michalak (nadal nie wiem, w sumie zmieniło się tylko to, że już się nie zastanawiam).

W świecie czytników okładki nie mają już takiego znaczenia, ale na papierze są tym, czym dla bloga szablon - możesz walczyć z estetyką, ale nie dziw się, że nie każdy chce na to patrzeć 

Ja nikomu nie bronię czytać brzydkich książek, ale trochę się dziwię, kiedy uważa się przymykanie oczu za zaletę. Może ktoś wybiera takie lektury na zasadzie: "Zbyt brzydka, żeby jeszcze miała być do tego głupia"? (Tekst zasłyszany w obejrzanej ostatnio komedii - o dziwo dotyczyło faceta ;)).

30 komentarzy:

  1. Primo - edycje kieszonkowe. Wróżę im śmierć (jeżeli już nie nastąpiła). Były dobrą alternatywą "do podróży". Dziś mamy czytniki, których popularność jest coraz większa. Kieszonkówki umrą i tyle.

    Secundo - okładki. Mój mały rozumek zupełnie nie rozumie wydawców, którzy mają gdzieś okładki. I tak, nawet bardzo często chcę przeczytać książkę właśnie ze względu na okładkę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Akurat okładka "Roku w Poziomce" mi się nie podoba (ale doszłam do tego wniosku dopiero po dokładniejszych oględzinach;)
    Niby nie powinno się oceniać książki po okładce, ważniejsza jest treść...ale książka to całość. I naprawdę ważne jest, żeby ogólnie prezentowała się dobrze. Złe wydanie może sprawić, że uciekniemy od naprawdę wartościowego tekstu - a szkoda.
    Mam nadzieję, że nie piszesz o antykwariacie na Ruczaju (który niedawno odkryłam - niedobrze, biorąc pod uwagę stan moich finansów;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na Ruczaju jest antykwariat? Chcę tam! :D

      Usuń
    2. Zapraszam na ulicę Kobierzyńską;) Malutki, ale książki wypełniają każdą wolną przestrzeń;)
      http://www.antykwariatnws.pl/

      Usuń
    3. O rany, mieszkam tak niedaleko, a nigdy tam nie byłam!, dzięki :)) Jeszcze w tym tygodniu się pewnie wybiorę.

      Może kiedyś jakieś wspólne zakupy? ^^

      Usuń
  3. Okładka ważna rzecz. Ja kupuję tylko ładne książeczki, brzydkich nie czytam, no, dobra - brzydkie wypożyczam z biblioteki. Żal tylko człowiekowi Klasyków, które nierzadko brzydkie twarzyczki mają. Żal Bovary, żal Nędzników, wszystkich brzydkich kaczątek żal!

    OdpowiedzUsuń
  4. Wydania kieszonkowe są straszne przez małe literki, więc niech ten gość z księgarni spada i sam je czyta. Mnie szlag trafia i jeszcze żadnej nie skończyłam w tym formacie.

    Okładki potrafią zniechęcić, ale myślę, że wydawcy też mają z nimi problem (nie że je naumyślnie olewają) ale zazwyczaj to te uboższe wydają takie cuda po prostu z braku profesjonalnych grafików. I różne są gusta, więc może nie widzą, że coś jest po prostu brzydkie...

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja jestem wzrokowcem i przykładam ogromną wagę do okładki książki.
    Wyszłam z czasów, w których jak była obwoluta w przyzwoicie wydanej książce to należało się cieszyć, gdyż reszta pod koniec epoki była coraz koszmarniejsza chociaż rozchwytywana. I takie mam w swoim zbiorze. Toteż ciekawa, również kolorystycznie i starannie zilustrowana okładka mnie bardzo cieszy. I jest ogromnym atutem książki.

    OdpowiedzUsuń
  6. No właśnie, okładki. Sama zwracam na nie dużą uwagę i nie chce mi się wierzyć, gdy ktoś mówi, że ta kwestia jest mu zupełnie obojętna. Po co moją kolekcję mają "zdobić" brzydkie książki? Jeżeli mam wybór, a książka bardzo mi się podobała, to wolę wydać trochę więcej pieniędzy na wersję pełnowymiarową, ze względnie ładną grafiką, niż na jakiś tani, wydawniczy koszmarek. Dobra, dobra, przyznaję, treść książki jest ważniejszą kwestią, niż jej oprawa, ale minimum estetyczne powinno zostać osiągnięte.
    Aż nie chce mi się wierzyć, że pierwszy zestaw okładek, które zaprezentowałaś, są prawdziwe. Kto w ogóle wypuszcza w obieg takie potworki...

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja też zwracam dużą uwagę na okładki, szczególnie, gdy mam ochotę na jakąś nową książkę, a sama nie wiem na jaką :) Wyjątek stanowią książki, które MUSZĘ przeczytać - wtedy żadna okładka mnie nie odstraszy :)
    Ale bardzo nie podoba mi się zwyczaj okładek "filmowych". Ja rozumiem, że pewnie w jakiś sposób nakręca to sprzedaż, ale duże bardziej klimatyczne są okładki, z których nie patrzy na mnie jakiś znany aktor.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja też zwracam uwagę na okładki. Jak widzę pięknie skomponowaną okładkę, zaraz mam ochotę zagłębić się w treść :) Natomiast wydania kieszonkowe czasem czytam i w zasadzie nie mam nic przeciwko nim. No, może poza małą czcionką. Ale "maluchy" też można ładnie wydać :)

    OdpowiedzUsuń
  9. A dlaczego niby książka nie zasługuje na ładną okładkę? Taką zawsze przyjemniej się czyta, pomijając już kwestie estetyczne, ładnie wygląda na półce itd., to jak jest ładna okładka to od razu jakoś tak chętniej człowiek się zabiera do lektury. Co do treści w odniesieniu do okładek, nic mi chwilowo nie przychodzi do głowy, ale pomstuję za każdym razem gdy widzę nową okładkę do książki Anety Jadowskiej. Złodziej dusz miała fajną ciekawą okładkę, a to co zrobili z Bogowie muszą być szaleni, a już nie mówiąc o Zwycięzca bierze wszystko to po prostu masakra i koszmar graficzny.

    OdpowiedzUsuń
  10. Jeśli chodzi o okładki, to ostatnio te w nowościach wydawniczych mnie wkurzają, zwłaszcza papierowe, zdejmowalne obwoluty, które się niszczą, a pod nimi jest zwykła okładka w jednym kolorze.
    Ale ocenianie książki po okładce jest subiektywne. Dla mnie zniszczone, stare wydania Dostojewskiego czy Steinbecka prezentują się na półce pięknie.
    Nie zgodzę się też w kwestii ratowania tekstu. Literatura sama w sobie jest sztuką, nie oceniam literatury po wartości estetycznej sztuki. Może to być ewentualnie kryterium zachęcające lub nie do kupna książki, jeśli akurat przyszłam do księgarni bez planu i nie kojarzę zbyt wielu dostępnych tytułów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym ratowaniem chodziło mi właśnie o moment wyboru książki spośród tysiąca w bibliotece czy księgarni kiedy nie znamy autora, bo chyba każdy z nas ma takie nazwiska, po które sięgnąłby nawet gdyby okładka była paskudna :) No i klasyka, ona też się broni, ale np. kiepskie wydawanie debiutanta to jak strzelanie sobie w kolano ^^

      Usuń
  11. O co chodzi z Michalak to ja też nie wiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To samo miałam napisać, więc się podepnę pod twój post :D

      Usuń
  12. Ja przeczytam książkę z brzydką okładką, ale na pewno jej nie kupię. Co mi będzie paskuda psuć półkę :>

    OdpowiedzUsuń
  13. U mnie często jest tak, że to właśnie okładka zachęca mnie do przeczytania danej książki. Jeśli mi się nie spodoba to będę mieć ładną ozdobę na półce. Gorzej jest gdy wydawca w ogóle nie potrafi dopasować okładki do treści i wtedy zastanawiam się co ona ma wspólnego z książką.

    OdpowiedzUsuń
  14. Osobiście nie mam nic przeciwko wydaniom kieszonkowym :D Na dłuższą metę mi nie przeszkadza mała czcionka ;p
    Jej okładka "Dopóki mamy twarze" jest tak śliczna, że chyba sama się kiedyś skuszę na jej lekturę. :d

    OdpowiedzUsuń
  15. Nie podobają mi się wersje kieszonkowe, ale okładki zwracają uwagę. I tego raczej nie zmienię ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. Chyba dziewczyny już wszystko powiedziały - w moim przypadku okładka ma znaczenie. Czasem może przesądzić o tym czy po daną książkę sięgnę, ale to głównie w przypadkach gdy nie znam autora i wybieram daną pozycję na tzw. "czuja". :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Zwracam uwagę na okładkę. Jak książka ma paskudną oprawę a mimo tego wiem, że będę zadowolona z lektury to przemogę się i kupię, ale jeśli mam do wyboru to też wybieram te ładniejsze. Natomiast wydań kieszonkowych unikam.

    OdpowiedzUsuń
  18. Ja też oceniam po okładce. Lubię mieć ładne książki, a gdy wypożyczam z biblioteki i są dwa wydania tej samej powieści, zawsze biorę to ładniejsze :)
    Choć do wydań kieszonkowych nic nie mam, a nawet je lubię. Lekkie, poręczne, niezastąpione w komunikacji miejskiej albo w przypadku czytania na lekcjach (i najczęściej dużo tańsze...). Mała czcionka mi nie przeszkadza. Co więcej, właśnie porównałam czcionki w kieszonkowym Hobbicie i "normalnym" WP - w Hobbicie jest większa :D
    (A w swoich zbiorach posiadam Pana Tadeusza o wielkości 8x5x3 cm - tam są dopiero maleńkie literki).

    OdpowiedzUsuń
  19. Nie zawsze oceniam po okładce... ale fakt, kocham pięknie wydane książki. Może to przez moją słabość do sztuki obrazowej w każdej formie. Ale kocham też stare książki, o zniszczonych okładkach, "po przejściach" kupione gdzieś w antykwariatach, albo otrzymane w spadku. :) Ot, taka już jestem ;) A "kieszonkówek" też bardzo nie lubię. Nie ten rozmiar, mimo wszystko.

    OdpowiedzUsuń
  20. Jak wiele moich poprzedniczek zgodzę się z Tobą - okładka jest ważna. Może nie do tego stopnia, żeby oceniać po niej książkę, ale na pewno może zachęcać do sięgnięcia po daną książkę, szczególnie kogoś, kto nie ma sprecyzowanych gustów czytelniczych. Mnie samej się zdarzyło skusić na lekturę dlatego, że przyciągnęła mnie okładka. Zdarzyło mi się też, że okładka mnie odrzuciła - nie mogę się powstrzymać od wspomnienia książki pt. "Jak zmienić świat. Marks i marksizm", której okładka tak mnie poraziła swoją brzydotą, że do teraz mnie prześladuje i zastanawiam się, "co autor miał na myśli". Dlatego cieszę się, że książki są wydawane coraz ładniej, bo jeszcze kilka lat temu to była tragedia.

    OdpowiedzUsuń
  21. Mam tak jak Ty. Uważam, że skoro wydaję własne pieniądze na książki to mam możliwość wyboru jak one będą wyglądały. Wydania pełnowymiarowe :) czyli nie kieszonkowe bardziej mi się podobają. I tak jak w przypadku "Roku 1984", gdzie mamy do wyboru naprawdę wiele okładek, wybrałam tę z Muzy, z czerwoną ręką. No cóż. Oceniam książkę po okładce. Tyle tekst.

    OdpowiedzUsuń
  22. Ja myślę, że edycje kieszonkowe nie znikną z księgarń i sklepów dlatego, że przeciętnych czytelników często nie stać na książkę pełnowymiarową ( o czytniku nawet nie wspomnę). Sama do takich osób należę i bijąc się w pierś przyznaję, że kilka razy zdarzyło mi się kupić wersję kieszonkową jakiejś interesującej mnie książki. :) Co do okładek, to podobnie jak Ty, tych książek z brzydką okładką nie czytam. :P

    OdpowiedzUsuń
  23. "Od prawdy nie uciekniesz" jejciu, aż się oplułam, tak parsknęłam :) Ja też jestem powierzchowna przy wyborze lektur, lubię ładne okładki, nowe, błyszczące, i nic na to nie poradzę. Ale kieszonkowe są fajne, bo są zwykle dużo tańsze - jak już koniecznie chcę książkę mieć, to wtedy mi wszystko jedno. Więc bywam wyrozumiała :)

    OdpowiedzUsuń
  24. Dziwią mnie osoby, które nie rozumieją, że ktoś nie lubi wydań kieszonkowych. Tu już nie chodzi o to, że źle wyglądają na półce. Takie książki się po prostu źle czyta. Jakiś czas temu skusiła mnie bardzo niska cena kieszonkowego "Cienia wiatru" Zafona, ale taki mały druczek bardzo mnie męczy i teraz książka leży i się kurzy, a ja zastanawiam się nad kupnem wersji elektronicznej. Jestem pewna, że już na pewno nie kupię nigdy wersji kieszonkowej.Nieczęsto zdarza mi się sugerować okładką przy kupnie, ale czasem można w ten sposób trafić na naprawdę fajną książkę - miałam tak na przykład z "Tancerką Degasa" :) Książki z brzydkimi okładkami czytam, ale mam opór przed kupnem ich i szukam ich po bibliotekach albo kupuję e-booka.

    OdpowiedzUsuń
  25. Okładek i formatów Harlequinów wręcz nie cierpię, to samo dotyczy wydań kieszonkowych. Choćby książka była nie wiem jak dobra, wstyd byłoby mi ją czytać w tandetnej okładce. No bo wyobraźmy sobie "Annę Kareninę" z okładką harlequina. Koszmar, prawda? I kto potraktuje poważnie osobę, która czyta coś takiego? Powiemy: ej, to klasyka!, a w odpowiedzi dostaniemy chichot tudzież gromki śmiech. Niestety tak już ten świat jest skonstruowany, że estetyka wizualna to nieodłączny element nawet w księgarni.

    OdpowiedzUsuń