niedziela, 27 października 2013


Huszang Asadi i jego książka: "Listy do mojego oprawcy".

Jakiś czas temu myślałam o tym, dlaczego po tylu spotkaniach autorskich, targach książki i przeróżnych festiwalach, nie mam ani jednego autografu - i to nie tyle autora dobrego, co jakiegokolwiek. Skoro tyle osób szaleje na punkcie tych podpisów i potrafi stać godzinami w gigantycznych kolejkach tylko po to, żeby je zdobyć, może jednak jest w nich coś niesamowitego (na przykład można chwalić się znajomym: "Patrz, Hugo-Bader znał mnie po imieniu przez jakieś cztery sekundy!")?

Postanowiłam to sprawdzić na spotkaniu z Huszangiem Asadim, irańskim dziennikarzem. Tyle że chwilę później poczułam się trochę głupio. Jak miałoby to wyglądać? "Dzień dobry panie Asadi. Co prawda wiem, że w tej tutaj książce opowiadał pan o tym, jak pana torturowano i poniżano, ale bardzo proszę o podpisik..."? Trochę nie bardzo. 

Problem rozwiązał się sam, bo zapomniałam zabrać ze sobą "Listów do mojego oprawcy" na Targi Książki, a prosto z nich biegłam na rynek, więc zwyczajnie nie miałam czego dać do podpisu. Może to i dobrze, bo on nawet nie wiem, do czego miałby mi on być potrzebny. W książce autor podzielił się ze mną relacją z najgorszego momentu swojego życia, mając jego bazgroły na okładce nie znałabym go nawet trochę lepiej.

Ale spotkanie...

No właśnie, bo to o nie tutaj chodzi. Tematem były możliwości literatury w Iranie, a jedno z głównych pytań dotyczyło tego, czy w takim kraju można mówić o sztuce bez wspominania o polityce. Próbuje tego młode pokolenie, zwłaszcza w wierszach, bo one są podstawą literatury perskiej i przede wszystkim kobiety, co samo w sobie jest już odrobinę polityczne (o ironio!).

W trakcie dyskusji padły słowa, które zapisałam w notesie, żeby przypadkiem o nich nie zapomnieć:

„Jeżeli jest coś, czego władza nie może odebrać społeczeństwu, to jest to właśnie kultura".

To bardzo mocne podkreślenie znaczenia wspomnień więziennych, będących w Iranie gatunkiem z długą tradycją, ale też innych form sprzeciwu wobec skutków rewolucji, która przecież miała przynieść ze sobą wolność i niezależność, a uczyniła Iran państwem wyznaniowym. 

Huszang Asadi to człowiek z pokolenia tej rewolucji. Sam o sobie mówi, że kiedyś był naiwny, bo wierzył, że świat można zmienić. Gdyby teraz stanął ponownie przed wyborem, wybrałby reformy: mozolniejsze, trudniejsze do przepchnięcia, ale mniej krwawe i trwalsze. Być może one nie zmieniłyby go w człowieka rozgoryczonego tym, co stało się z państwem, w które wierzył. 


Wydarzenie zorganizowano w ramach Conrad Festiwalu. 

4 komentarze:

  1. Ja nie mam żadnego podpisu, spokojnie, nie wyróżniasz się z tłumu. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Podpis jak podpis. Dla mnie, kiedy jeszcze nie miałam szans na dłuższe rozmowy z autorami czegokolwiek, zawsze był to pretekst, żeby "przy okazji" autografowania zadać pytanie "od siebie", w cztery oczy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Do tej pory w ani jednej mojej książce nie znajduje się żaden podpis autora i wcale nie rozpaczam z tego powodu, aczkolwiek uważam, że miło byłoby spotkać i porozmawiać choć chwilę z ulubionym i cenionym autorem.

    OdpowiedzUsuń