niedziela, 6 października 2013

To mi wygląda na niezłą książkę kucharską

Jedne z najfajniejszych e-maili, jakie możemy dostać, rozpoczynają się słowami: "Mam propozycję…". Pomysł sam do nas przychodzi i jeszcze grzecznie puka, a my tylko siadamy wygodnie i odpisujemy: "Ok, zróbmy to". Tak zaczęła się nasza historia z szyfrowaniem, "Kobietą, która spadła z nieba" i wreszcie - poniedziałkową wizytą w drukarni Wydawnictwa Znak, gdzie niestety nie znalazłam nowego Jagielskiego, ale i tak przepadłam.

Całą akcję mogliście śledzić między innymi na facebooku, chociaż wyrwane z kontekstu relacje pewnie brzmiały dość chaotycznie. Generalnie chodziło o to, że dziesięć osób podzielono na dwie drużyny, które miały do rozwiązania pięć zagadek przesyłanych przez bazę, czyli Asię. Niektóre były całkiem oczywiste, inne zwaliły nas z krzeseł (zwłaszcza gdy przyjęłyśmy super-ambitną i niekoniecznie właściwą metodę rozwiązywania :)).
 
Było sporo śmiechu, a przede wszystkim część krakowskich blogerów książkowych miała okazję lepiej (albo w ogóle) się poznać. Zakończenie całej akcji to nasze zwiedzanie, w którym niestety nie wszyscy wzięli udział, ale na pocieszenie są zdjęcia, więc można w wielkim skrócie podejrzeć, jak "się tworzy" książki od kuchni.


Najpierw niespodzianka: żeby książka powstała, trzeba ją napisać i oddać w ręce wydawnictwa (do takiego Znaku na przykład można dotrzeć przez "Pocztę literacką", więc jeśli macie zapisany w Wordzie bestseller, którego jeszcze nikt nie odkrył, śmiało wysyłajcie). Cały projekt też powstaje w komputerze, ale potem dobrze byłoby przenieść go na papier, bo chociaż teraz musi już walczyć z wersją elektroniczną o uwagę czytelnika, nadal ma swoje nakłady - i to całkiem spore.


Niestety nie wiem, co to za książka, ale jest świetnie ilustrowana

Tekst i ilustracje są drukowane na dużych arkuszach, które potem trzeba pociąć na kawałki, bo o ile ciekawie jest popatrzeć przez chwilę na taką wielkoformatową książkę, czytanie jej w komunikacji miejskiej mogłoby być delikatnie mówiąc problematyczne...


Tutaj sprawdzamy, czy ktoś nie dostanie źle złożonych przygód Bolka i Lolka :)

Tniemy, sklejamy i voilà! Książka gotowa do czytania. Tylko taka trochę pusta i ciężka do odróżnienia od innych na półce. Przydałaby się jeszcze okładka - potwierdzą pewnie nawet ci, którzy uważają, że po niej się nie ocenia.


U mnie zwykle w takich momentach wypada kilkanaście notatek

No i mamy - na różowo (nikt nie mówił, że będzie łatwo). W takiej formie już jest na co popatrzeć: najpierw w księgarni, potem może na własnej półce.


Te kalendarze wywołały chyba największe zamieszanie :)

Tutaj już w większych ilościach, a do tego zapakowane i gotowe do wysyłki - co prawda nie książki (kalendarze), ale za to z Audrey Hepburn.


Nasze nowości na półkach / zdjęcie podkradzione Agacie

Z takiego miejsca nie odchodzi się zbyt łatwo bez książek, na szczęście my dostałyśmy "wyprawkę". Na nasze półki trafiły "Dziewczyny wojenne" (kiedy powiedziałam, że to mój drugi egzemplarz, Agata stwierdziła: "Wyczuwam konkurs" i pewnie by był, ale akurat tę lekturę porwała moja współlokatorka :)), "Jestem Tyrmand, syn Leopolda" (aż się uśmiechnęłam na jej widok, bo kiedy pierwszy raz zobaczyłam tę książkę, zaświeciły mi się oczy, ale potem poczytałam o niej trochę więcej i chwilowo zrezygnowałam z zajrzenia do środka, a ona i tak postanowiła wepchać się na moją półkę z książkami Tyrmanda) i "Sześć pięter luksusu". 

Niesamowita sprawa. Jeśli kiedyś będziecie mieli okazję zobaczyć od wewnątrz, jak działa drukarnia, z której potem trafiają do was lektury, koniecznie z niej skorzystajcie. Ja za moją "okazję" mogę tylko podziękować Wydawnictwu Znak, Asi i wszystkim dziewczynom, które "spadły z nieba" (fajnie było was poznać, a co do nieobecnych to mam nadzieję, że pojawią się na krakowskich Targach Książki).

25 komentarzy:

  1. Świetny post. Z żywym zainteresowałam czytałam relacje z waszej wizyty w drukarni. Strasznie zazdroszczę, gdyż chciałbym zobaczyć od wewnątrz,jak powstają wszystkie te piękne książki.

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja jestem świeżo po wystawie o drukarstwie w krakowskim Muzeum Inżynierii Miejskiej. Czuć było klimat, wybrałabym się do prawdziwej drukarni.

    OdpowiedzUsuń
  3. Na pewno świetne przeżycia ;) Sama chętnie bym kiedyś tam się zasiedziała :P

    OdpowiedzUsuń
  4. Super wycieczka :) fajnie zobaczyć, jak powstają książki, zanim trafią w nasze ręce :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Pozazdrościć takiej wycieczki :) A ten kalendarz z Audrey chyba zagości w moim domu :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetna zabawa, sama z chęcią wybrałabym się do takiego miejsca. A kalendarzyk z Audrey jest prześliczny!

    OdpowiedzUsuń
  7. Ach ależ świetna okazja na podejrzenia pracy nad książkami od kuchni :) Ciesze się, że chociaż mogłam zobaczyć kawałeczek w postaci Twojej relacji :)

    OdpowiedzUsuń
  8. O matko, ależ fantastyczna przygoda! Z wielką chęcią zwiedziłabym drukarnię - no i bardzo się cieszę, że zechciałaś podzielić się w nami wrażeniami:)
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  9. Jejku jak zazdroszczę :) A pięknie pachniało farbą? :) Zazdroszczę możliwości podejrzenia, jak pracuje taka drukarnia :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Jak widzę, dobrze się bawiłaś, a ja z chęcią dołączyłbym do takiej zabawy. :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Zwiedzanie drukarni to świetna sprawa. Na studiach zafundowano nam taką wycieczkę do jednej z krakowskich drukarni, ale nie do tej, w której wy byłyście i super wspominam. Zobaczyć na własne oczy te wszystkie maszyny i jak to działa, naprawdę niezwykłe przeżycie dla mola książkowego.

    OdpowiedzUsuń
  12. Wspaniała sprawa. Mam nadzieję, że będzie organizowanych więcej takich atrakcji dla krakowskich blogerów, bo z chęcią wzięłabym w czymś takim udział. To musi być naprawdę niesamowite przeżycie. Tak więc zazdroszczę wyprawy i dziękuję, że zdecydowałaś przybliżyć nam ją w tym jakże ciekawym poście :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Fajnie to wszystko opisałaś. Ja przez Waniliową i jej marudzenie o autografu (Agata jeśli to czytasz, masz buziaka:*) usłyszałam co 2 słowo.

    OdpowiedzUsuń
  14. Naprawdę zazdroszczę. Zobaczyć od kuchni jak to wszytko wygląda, bezcenne :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Jeju, super! To musiała być fantastyczna wyprawa. :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Niesamowita przygoda! Tylko takiej pozazdrościć :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Ależ świetny wpis i naprawdę interesujący :) Super pomysł.

    OdpowiedzUsuń
  18. Ja już mam kalendarz, tyle że z Marilyn Monroe - bardzo fajny :)
    Wprawdzie byłam w drukarni dwa razy: półtora roku oraz pół roku temu, ale nie mam się zbytnio czym chwalić, ponieważ ja zwiedzałam niszową oficynę oraz muzeum drukarstwa, gdzie sami wytwarzaliśmy papier. Twoje przygody są znacznie ciekawsze ;)

    OdpowiedzUsuń
  19. To na pewno była świetna wizyta;) Sama miałam okazję poznać "od kuchni" Bibliotekę Jagiellońską (gdzie najbardziej spodobał mi się dział opracowania, ze stosami nowiutkich książek - egzemplarzy obowiązkowych) oraz wydawnictwo BOSZ (miesięczne praktyki). Przyjemne doświadczenia;)

    OdpowiedzUsuń
  20. Taka wycieczka to chyba najlepsze, co może spotkać mola książkowego:)

    OdpowiedzUsuń
  21. Zazdroszczę takiej wyprawy... Nie ma to jak poczuć świeży zapach druku :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Kurcze, widziałam filmik Agaty - no i po prostu tak Wam zazdroszczę;c
    Ja niestety nie mogłam być, przez tą szkołę :(
    A tak bardzo chciałabym Was poznać :D
    Jednak nawet chyba na Targi nie dojadę :(
    Jakby nie mogłyby być tydzień wcześniej / później, a tak, to nie poznam moich szalonych koleżanek - blogerek z tej akcji, która naprawdę była świetna :)
    Pozdrawiam serdecznie,
    Gosiek :)

    OdpowiedzUsuń
  23. Też bym chciała na taką wycieczkę ;D

    OdpowiedzUsuń
  24. Heh znam to. Miałam okazję odwiedzić drukarnię jak studiowałam w mieście Wrocław Drukarnia była niesamowita. Mnóstwo książek, stos takich które zniszczone (aż korciło by jedną chociaż uratować). Świetnie było.

    OdpowiedzUsuń