środa, 17 lipca 2013


Peter Godwin miał możliwość, jako jeden z nielicznych dziennikarzy, obserwować od wewnątrz sytuację Zimbabwe w czasie przeprowadzanych w roku 2008 wyborów prezydenckich. Jego spojrzenie na ten jeszcze nie tak dawno temu jeden z najbardziej rozwiniętych krajów Afryki było przede wszystkim próbą analizy polityki władzy i jej wpływu na mieszkańców. Miało ono jednak także prywatny charakter, bo dla autora Zimbabwe znaczy dom.

Relacja zawarta w książce "Strach. Ostatnie dni Roberta Mugabe" przedstawia republikę z trzech perspektyw. Pierwsza i najważniejsza z nich to państwo od lat podporządkowane temu samemu człowiekowi, gdzie na pierwszym planie stoi tytułowy bohater i jego polityka strachu. Opis Mugabego to jednak nie tyle próba zmieszania dyktatora z błotem, ile raczej pozostawione bez odpowiedzi pytanie o to, do czego jest w stanie posunąć się człowiek, by utrzymać władzę. Mówiąc o nim, Godwin a także jego rozmówcy, zestawiają ze sobą sylwetkę potwora i nieszczęśnika. Zwracają uwagę na jego tragiczne w skutkach działania, ale też ludzkie odruchy:

„Wtedy zadałem sobie pytanie: jaką wolność ma ten człowiek? Siedzi tam, za przyciemnionymi szybami. Nigdy nie ufał ludziom. Wcale nie musiało się to tak potoczyć. Myślę, że żyje w nie mniejszej udręce niż jego naród.”
 
Drugi rzut okiem skupia się na życiu mieszkańców zastraszonych bezsensownymi, popełnianymi na ślepo zabójstwami, torturami i gwałtami, oskarżanych często bez dowodów o należenie do opozycji i prześladowanych z tego powodu. Większość z nich pogodziła się z losem, zostali zmuszeni nauczyć się żyć ze strachem, bo nawet udana ucieczka okazała się być zbyt niebezpieczna tam po drugiej stronie. W tłumie można jednak znaleźć również ludzi bez kolan, którzy walczą bez względu na ryzyko, "nie godzą się uklęknąć, płaszczyć się przed dyktaturą".

Wreszcie Zimbabwe z trzeciego punktu widzenia to kraj dzieciństwa, w którym jest pochowany tata (co ciekawe, był on z pochodzenia polskim Żydem) i za którym tęskni mama. Wiążą się z nim wspomnienia dorastania w Rodezji. Chociaż złośliwi twierdzą, że Godwin nie ma nic wspólnego z krajem Mugabego, bo toczące się w nim wydarzenia obserwuje z mieszkania na Manhattanie, jego ciągle tam ciągnie. Ryzykuje po to, by opowiedzieć światu o płaczu Zimbabwe.

Wielowymiarowość tej książki to jej ciężar i siła. Sprawia, że nie jest ona łatwa w odbiorze, bo zmusza do jednoczesnego przyjrzenia się polityce i cierpieniu społeczeństwa, ale też pokazuje, że Zimbabwe można pokochać na całe życie. Ta gorzka mieszanka faktów z emocjami to kompletny obraz kraju, który będzie czytelny zarówno dla osoby nim zainteresowanej jak i tej, która zna tylko jego położenie na mapie czy nazwę stolicy. Przygnębi, rozzłości, stępi umysł - na pewno jednak nie pozostawi obojętnym. Każe też zadać pytanie o to, gdzie sięgają granice okrucieństwa w dążeniu do utrzymania władzy.

Dla mnie najbardziej przybijający opis w tej książce dotyczył zachowania mieszkańców RPA - kraju, do którego uciekali Zimbabweńczycy w obawie o swoje życie. Na ulicach zakładano im pierścienie z ognia, o których pisał Jagielski w "Wypalaniu traw", a oficjalnie namawiano ich do powrotu do kraju i wzięcia udziału w wyborach, by wszystkim żyło się lepiej. Te działania miały na celu oczyszczenie RPA przed Mistrzostwami Świata w 2010 roku. To po prostu niewyobrażalne, że gdy zestawia się ze sobą życie jednego człowieka i rozrywkę innego, wygrywa drugie i jakby tego było mało, ten układ nazywa się cywilizacją.

0 komentarze:

Prześlij komentarz