środa, 29 maja 2013


Tata głównego bohatera to całkiem mądry człowiek, wiecie? Często tłumaczył swoim dzieciom, że: "Gdy znasz książkę, nie wolno nikomu mówić o tym, co się w niej wydarzy. (...) w ten sposób zabiera się książkom dusze." On też opracował plan, który umożliwiał Dorianowi i Zoe schronienie się w bezpiecznym miejscu w razie inwazji. Nie, to żadna paranoja, przecież w dwudziestym czwartym wieku nauczyciele robią kartkówki raczej ze znajomości cywilizacji kosmicznych niż obliczania pól trójkątów, a atak ze strony wrogo nastawionej rasy jest bardziej prawdopodobny niż przyrodniczy kataklizm.

Tak, ten świat zupełnie różni się od naszego, zdecydowanie bardziej przypomina „odległą galaktykę”, w której rozgrywała się akcja Gwiezdnych wojen. Jest alternatywną wersją przyszłości, a jednak zachował w sobie coś starego, sprawdzonego: dzieci wciąż wolą przygody od spędzania czasu w szkole i nadal najgorszą karą, jaką potrafią sobie wyobrazić, jest szlaban na komputer. Czasem też one są tymi, którzy muszą ratować cały świat, a przynajmniej swój świat.

Nie oznacza to jednak, że są chodzącymi ideałami. Jeden z nich ciągle ma nóż na gardle i jest ratowany przez innych z opresji i pod tym względem trochę przypomina Harry’ego Pottera. Jego kolega nie widzi niczego poza informatyką, a siostra w kucykach wygląda na jeszcze młodszą, niż jest w rzeczywistości. Ich asem w rękawie jest tylko jedno wielkie szczęście.

Przygody tej trójki, domowego robota i kilku innych stworków nie z tej ziemi opisane w pierwszym tomie nowej serii Marcina Mortki nabierają tempa już od pierwszych stron, a potem tylko biegną do przodu, potykając się przy tym jedna o drugą i dając się przegonić trzeciej. Na nudę narzekać nie można, podobnie na nadmiar opisów, bo te zostały podane tylko w takiej ilości, by czytelnik mógł sobie wyobrazić wygląd całego Układu Słonecznego i charaktery bohaterów, ale - z drugiej strony - by nie zasnął gdzieś po drodze. W sam raz dla nastolatka, ale też dla tych nie liczących już lat i lubiących wracać od czasu do czasu do fantastyki w bardzo lekkim wydaniu.

Można się trochę rozmarzyć, porównać swoją wersję przyszłości z tą przedstawioną przez autora i wreszcie znowu poczuć się kimś, kto buduje bazę na drzewie, bo ma do wykonania superważną misję. To oczywiście nie wszystko, bo po "Inwazji" przyjdzie również pora na kolejne części "Zagubionych", w końcu zostało jeszcze kilka wątków do rozwiązania, a: "Na końcu wszystko będzie dobrze. Jeśli nie jest dobrze, to jeszcze nie koniec."*

Warto nastawić się na przygodówkę z wszystkimi zaletami i wadami tego typu książek, a potem wyłowić powieść Marcina Morki w księgarni albo w bibliotece. Kolejny zwykły chłopak z milionem problemów na głowie czeka na odkrycie. Nie czaruje, nie mówi w siedmiu językach i nie sypie pomysłami jak z rękawa, ale może właśnie za tę zwyczajność da się lubić?

* słowa Johna Lennona

6 komentarzy:

  1. Zapowiada się całkiem ciekawie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Na razie chyba nie mam ochoty na tego typu lekturę...;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wygląda na uroczą książeczkę :-) Myślę jednak że nie przeczytam, gdyż nie mam ochoty na czytanie o kolejnym zwykłym nastolatku.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie słyszałam o tej książce, ale bardzo podoba mi się okładka oraz Twoja recenzja brzmi zachęcająco :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dotychczas czytałem tylko jedną powieść Mortki - Martwe Jezioro i nie przekonał mnie niestety. To znaczy, nie było źle, ale w tej chwili to już nawet nie pamiętam o czym była ta książka. Taki typowy schematyczny zabijacz czasu. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś sięgnę po jego twórczość, ale może dam się przekonać.

    OdpowiedzUsuń
  6. Brzmi sympatycznie - właśnie tak :)a fantastyka w lekkim wydaniu mogłaby mi się podobać (za taką typową niekoniecznie przepadam) :)

    OdpowiedzUsuń