sobota, 23 lutego 2013

/ żródło zdjęcia

W "Dopóki mamy twarze" pokazał, jak wiele możemy się jeszcze nauczyć poprzez mity. Tworząc "Opowieści z Narnii" udowodnił, że w świecie baśni też znajdziemy ideały, których tak często brakuje w naszej rzeczywistości. Posługując się listami ("Listy starego diabła do młodego", "Listy do Malkolma") uczył i tłumaczył, a w "Smutku" sam zadawał pytania o sens wiary. Tym razem zwrócił się w kierunku przypowieści. I chociaż właściwie zawsze porusza ten sam temat, za każdym razem robi to w zupełnie inny sposób. Jego kolejna książka to ten sam Bóg i ten sam Lewis, te same wartości i prawdy, a jednak coś zupełnie nowego...

Błądzącym pielgrzymem jest mały Jan, który w dzieciństwie odkrył, że chociaż dorośli znają zasady ustanowione na zamieszkałej przez nich ziemi, najczęściej nie przejmują się nimi i postępują tak, by było im najwygodniej. Kiedy chłopiec staje się mężczyzną, wyrusza w podróż po swoim kraju - Purytanii - by dotrzeć do Wyspy, która jest jego największym pragnieniem, a przy okazji odkryć, czy Właściciel rzeczywiście istnieje i poznać prawdę o świecie.

Najważniejsza jest jednak nie sama droga, ale spotykani na niej ludzie, którzy opowiadając Janowi o swoich prawdach i przekonaniach, próbują go "oświecić", uświadomić. Każdy ma inną definicję świata i inaczej patrzy na swoje miejsce w nim. Mieszkańcy północy sztywno wyznają filozoficzne systemy, kierując się nimi szukają sensu życia lub twierdzą, że już go znaleźli. Wśród nich znalazł się pan Humanista czy pan Klasyczny, a także pan Ograniczony. Na południu nasz bohater spotyka zaś tych, którzy odkryli, że zostali zamknięci w martwych formułkach, więc odłożyli je na bok. Lewis nazywa ich "duszami pozbawionymi kręgosłupa". Kluczowym momentem podróży jest dotarcie nad Zatokę, gdzie Jan rozmawia z Pustelnikiem, a następnie pozwala Przewodnikowi na nowo pokazać mu przebytą dotąd drogę.

Tytułowy pielgrzym odkrywa, że to, czego szukał, nie jest tak naprawdę tym, czym być się wydawało. Czy to jednak oznacza, że zmarnował czas wędrując? Niekoniecznie, przecież w końcu dotarł na właściwe miejsce. Być może zrobił to okrężną drogą, ale czasem właśnie tak wygląda nasze życie. Błądzimy. Pozwalamy, by drogowskazy, które stawia przed nami świat i inny człowiek, zmyliły nas i odsunęły od Boga. Szukamy naszej Wyspy, bo właśnie na niej mamy nadzieję odnaleźć szczęście, zupełnie jakbyśmy mogli schować je do kieszeni i mieć zawsze przy sobie, a przecież:
"Szczęścia nie da się gromadzić. Czy w dniu, w którym byłeś szczęśliwy, kładziesz się spać z czymś więcej niż w pozostałe dni?"
Lewis podaje nam swoją definicję szczęścia. Po raz kolejny nie poucza, ale - posługując się własnym doświadczeniem i popełnionymi w życiu błędami - pokazuje, że to, za czym gonimy przez całe nasze życie, może nie zaspokoić naszego pragnienia, bo na tym świecie każde wyobrażenie jest perfekcyjne w przeciwieństwie do jego zrealizowanej wersji. Wyspy, o której marzył Jan, możemy szukać jedynie w niebie.

W książkach autora Opowieści z Narnii najpiękniejsze jest to, że chociaż ich główny przekaz jest zawsze oczywisty, czytelnik może większość rozumieć, odczytywać na swój własny sposób. W tej konkretnej również nie znajdziemy wypunktowanych zasad i przestróg, musimy się trochę wysilić, by odkryć chociaż rady. Błądzenie pielgrzyma jest lekturą wartą przeczytania w tym okresie Wielkiego Postu, kiedy sami powinniśmy wyruszyć w podróż po zakamarkach naszego umysłu i odkryć, czym tak właściwie jest dla nas wiara.

PS. Za polecenie książki dziękuję D. :)
/ Wydawnictwo Logos

11 komentarzy:

  1. Będę musiała przeczytać;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Akurat wtedy nie było śniegu, ale to było kilka dni temu i już zdążył spaść :< książka naprawdę może być inetresująca, ciekawy temat.

    OdpowiedzUsuń
  3. Podobno "Błądzenie pielgrzyma" to autobiograficzna książka, choć inna od "Zaskoczonego Radością". Niestety jeszcze nie czytałam. W bibliotekach w moim mieście Lewis'a nie uświadczysz (jedynie jest Narnia w wielu egzemplarzach), a z pieniędzmi jak zawsze krucho. Ale i do tej książki dotrę, w końcu Lewis to dla mnie kopalnia cudowności, nadziei i pokrzepienia.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli chodzi o Lewisa to właściwie każda jego książka jest autobiograficzna lub opiera się na jego przeżyciach i doświadczeniach związanych z wiarą. Z "Błądzeniem pielgrzyma" jest podobnie, autor nie przedstawia faktów ze swojego życia, ale tworząc przygody bohaterów rzeczywiście się na nim wzorował :)

      Usuń
  4. Podoba mi się tematyka, ostatnio przez kilka książek oscyluję właśnie w temacie wiary, Boga i jego związku z ludzkim życiem, książkę dodaję do listy do przeczytania

    zapraszam w wolnej chwili do siebie
    http://mieedzykartkami.blogspot.com/
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Wstyd mi, znam tego pana jedynie z "Opowieści z Narnii" a Twoja recenzja pokazała mi, że pozostała jego twórczość również jest wartościowa.

    OdpowiedzUsuń
  6. Osobiście przeczytałam jedynie "Opowieści z Narnii" i tylko 2-3 tomy mi się podobały, ale może w przyszłości sięgnę po tego autora z ciekawości.

    OdpowiedzUsuń
  7. Książka wyjątkowa, bo i jej autor był kimś wielkim :)

    dp

    OdpowiedzUsuń
  8. A ja jeszcze nie miałam okazji zapoznać się z twórczością autora, ale mam zamiar sięgnąć po "Opowieści z Narnii", które leżą na mojej półce już kilka lat. Później zastanowię się nad innymi książkami, ale "Błądzenie pielgrzyma" będę miała na uwadze;)

    OdpowiedzUsuń
  9. cenię tego autora, więc z przyjemnością sięgnę po ten tytuł :)

    OdpowiedzUsuń