czwartek, 31 stycznia 2013

Daj się namówić na... "Miesiąc z kinem Oskarowym"

Już od jakiegoś czasu połączenie Joe Wrighta w roli reżysera, Keiry Knightley i literatury nie kojarzy mi się najlepiej. Najpierw była bardzo przeciętna „Duma i uprzedzenie”, potem „Pokuta”, której nawet nie obejrzałam do końca, a teraz „Anna Karenina”. Co prawda ekranizacja dzieła Tołstoja nie została nominowana do Oskara w żadnej z głównych kategorii, ale ma szanse zdobyć statuetki za swoje najmocniejsze elementy, czyli muzykę, scenografię i kostiumy.
Historię kojarzymy wszyscy: Anna (wspomniana już Keira) odwiedza Moskwę, gdzie na stacji kolejowej poznaje hrabiego Wrońskiego (czyli Aarona Taylora-Johnsona). Byłaby to miłość jak z bajki, gdyby nie fakt, że ona ma już męża (w tej roli niecodziennie ucharakteryzowany Jude Law) i dziecko, a on zaleca się do bratanicy tytułowej bohaterki. Obydwoje jednak zapominają o konwenansach i swoich najbliższych. Stawiają na uczucia i pozwalają na to, by ich świat obrócił się do góry nogami.
Pomysł na przeniesienie rosyjskiej klasyki na ekran był i to całkiem niezły, bo część akcji toczy się na scenie teatru. Bardzo oryginalnie i w sam raz dla widza lubiącego dość niecodzienne rozwiązania. Generalnie całą stronę wizualną można tylko chwalić. Bohaterowie mają przepiękne kostiumy i w większości zostali bardzo dobrze dobrani do swoich ról (podobno Robert Pattinson był brany pod uwagę do roli Wrońskiego - nie wiem jak wy, ale ja jednak się cieszę, że nie zdecydowano się na niego). Scenografia zachwyca, zresztą można to zobaczyć choćby na zdjęciach z filmu.  Do całości muzyka - tej już z pewnością nie można nic zarzucić. Cudowna i klimatyczna. Baza więc jest, a co z resztą?


Niestety reszta wypada trochę słabiej. Niektóre oczywistości po prostu rażą po oczach - bo w ilu już filmach widzieliśmy niemal identyczny pierwszy taniec głównych bohaterów, w którym cały świat zastyga w miejscu, a wreszcie znika? Reżyserowi (na tle całej jego pracy włożonej w przygotowanie tej produkcji) można jeszcze wybaczyć, ale aktorom?

Miłość niby jest - w słowach, ale w emocjach jakoś jej zabrakło. Anna i Wroński wypadli raczej sztucznie i to właśnie oni sprawili, że film można ocenić dość przeciętnie. Szkoda też trochę fabuły, bo w porównaniu do oryginału wycięto z niej prawie wszystko prócz wątków miłosnych.

 A najprzyjemniej (choć to tylko moje zdanie) patrzy się na Lewina i Kitty. Świetna i pięknie zagrana historia trochę miłosna, a trochę ideologiczna. Szkoda tylko, że zepchnięto ją gdzieś na margines...


Ocena: 5/10

15 komentarzy:

  1. Choć może zabrzmi to dziwnie zakochałam się w tej historii ;) Samego filmu nie miałam okazji obejrzeć. Natomiast mogę potwierdzić, że muzyka to z całą pewnością jego mocna strona. Przyznam szczerze, że nie wiem czy obejrzę ten film...chyba wolę, żeby historia ta pozostała dla mnie w takim kształcie jak wyobraziłam ją sobie w trakcie lektury "Anny Kareniny".

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie czytałam książki jeszcze, więc powstrzymam się z ekranizacją. Nie zmienia to jednak faktu, że chyba wolałabym obejrzeć starszą wersję. Ta tutaj zbiera coraz więcej negatywnych opinii. Ale i sama obejrzę, w końcu wyrobić sobie zdanie trzeba. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Książkę uwielbiam całym serduchem..
    Dlatego wybranie się do kina było takie naturalne.. i naturalne było to, że się w niej zakochałam..
    Sama nie wiem dlaczego.
    Czasami oglądając miałam wrażenie, że jestem w teatrze. A co do Kitty i Lewina, oni nawet w książce bardziej mi się podobali niż Wroński i Anna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, mi też - to moja ulubiona para z "Anny Kareniny" :))

      Usuń
  4. Mnie sie rpzede wszystkim stylistyka i genialne stroje w tym filmie podobaja! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Byłam na tym w kinie i niestety się wynudziłam. Nie czytałam wcześniej książki, więc większość czasu zajęło mi samo połapanie się w akcji, ogólnie wszystko było takie jakiś chaotyczne. i nawet przepiękne kostiumy tego nie ratują...

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  7. Szkoda że film miała swoje bolączki, mimo to żałuję, że się na niego nie wybrałam do kina, będę musiała nadrobić to na DVD, a Pattinson w roli Wrońskiego, no nie... tego bym nie przełknęła.

    OdpowiedzUsuń
  8. Jeszcze nie widziałam, ale po takiej ocenie jakoś entuzjastycznie się nie nastawiam. Na trailerze jednak scenografia i kostiumy wyglądają imponująco.

    "Pokuta" bardzo mi się podobała, zarówno w wersji filmowej, jak i książkowej, No ta druga jest, co prawda, lepsza, ale i tak lubię wracać do obu. Keira genialnie wyglądała w tej zielonej sukni.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja najnowszej produkcji nie widziałam, książkę czytałam i na razie mi wystarczy:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Oj brutalna byłaś dla filmu :-)
    Mam ogromne szczęście do Anny Kareniny, bo tę postać zawsze grają moje ulubione aktorki - Vivien Leigh, Sophie Marceau, a teraz Keira.
    Film ten obejrzę bardzo chętnie, ponieważ intryguje mnie umieszczenie w teatrze, poza tym scena z tańcem, gdy świat zwalnia nieustannie mnie roztkliwia, nie tylko w "Annie...".

    OdpowiedzUsuń
  11. Keira Knightley w roli Anny Kareriny w ogóle mi się nie podobała. Film zresztą też mi się nie podobał. Zdecydowanie wolę wersję z Sophie Marceau.

    OdpowiedzUsuń
  12. A ja się zakochałam w tej ekranizacji :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Hmm, szczerze to mnie do tego filmu nie ciągnie, więc na razie sobie odpuszczę :)

    OdpowiedzUsuń