niedziela, 7 października 2012

Adaptacja książki: "Śniadanie u Tiffany'ego" - Truman Capote

Audrey, kot i "Moon River"
Czas trwania: 1 godzina 55 minut
Premiera: 31 grudnia 1961 (Polska)
Reżyseria: Blake Edwards

Historię małej dziewczynki zagubionej w ciele dorosłej kobiety można poznać dwa razy: najpierw czytając książkę, potem oglądając film, który pod wieloma względami odbiega od oryginału treścią, a nawet klimatem. Śniadanie u Tiffany'ego z Audrey Hepburn w roli głównej to przykład produkcji opartej na literaturze, subtelnie z nią powiązanej, ale ukazującej też odmienne spojrzenie twórców na opowieść toczącą się w Nowym Jorku. To "uromantyczniony" komentarz rzeczywistości stworzonej przez Trumana Capote...

"Ubóstwiam pana, ale dobranoc."

Holly Golightly nie przywiązuje się do miejsc i ludzi, jest kobietą wolną, niezależną. Mimo to marzy o znalezieniu miejsca, gdzie czułaby się jak u Tiffany’ego – bezpiecznie. Właśnie dlatego odwiedza to miejsce bladym świtem, by na pustej ulicy przed wystawą sklepu z biżuterią zjeść rogalika i wypić kawę… Czuje, że tutaj nie przytrafi jej się nic złego. Zupełnie jak w domu, którego jeszcze nie znalazła.

Główna bohaterka jest zdumiewająca, zachwyca wszystkich wokół. Wielu mężczyzn w jej środowisku popełnia poważny błąd - zakochują się w czarującej brunetce. Ona jednak nie jest gotowa oddać komuś swoich uczuć. Uważa, że kochać to znaczy pozwolić zamknąć siebie w klatce. Zdecydowanie woli niezależność, którą dają jej spotkania z bogatymi mężczyznami. Każdego owinie sobie wokół palca, ale pozostanie przy tym zimna jak lód... Czy jest taka naprawdę, a może to tylko pozory?

Gdyby mogła, spędziłaby cały dzień stojąc przed szybą Tiffany'ego i marząc, ale musi wracać do mieszkania pozostawionego w nieładzie i kota bez imienia. Jak w każdy czwartek, wybierze się w odwiedziny do więzienia, a potem być może na kolację z kolejnym adoratorem. Ten dzień nie będzie jednak taki, jak wszystkie. Holly pozna narzekającego na brak weny pisarza, który namiesza w niej życiu…

Okazuje się, że nawet w Nowym Jorku można poznać swoich sąsiadów - zwłaszcza tych najciekawszych, najbardziej ekscentrycznych. Ile w tym z przypadku, a ile z przeznaczenia? Autor książki być może przypisałby większą rolę temu pierwszemu, natomiast twórcy filmu - najprawdopodobniej ze względów komercyjnych - od początku do końca postawili zdecydowanie na romantyzm. Nie bali się nawet zmienić zakończenia, chociaż musieli zdawać sobie sprawę z tego, że zabieg tego typu może nie przypaść do gustu miłośnikom książki. Zaryzykowali i osiągnęli sukces. Teraz Śniadanie u Tiffany'ego jest częściej kojarzone z kotem, Audrey Hepburn i piosenką "Moon River" niż słowami zadrukowanymi na białym papierze i podpisanymi nazwiskiem pana Capote. Czy to znaczy, że produkcja jest lepsza od pierwowzoru? Głosy są oczywiście podzielone.

Przeczytałam kiedyś, że w przypadku tej produkcji: "Oskara dostał kot". Można by pomyśleć, że autorowi tych słów nie spodobał się podkład dźwiękowy, bo Śniadanie u Tiffany'ego zostało uhonorowane Oskarem właśnie za najlepszą piosenkę, a jednak skrytykował ona także fabułę, bohaterów, scenerię... - słowem: wszystko. Nie zgodzę się z jego opinią, gdyż moim zdaniem dopiero film ukazał prawdziwy czar opowieści - zmienił ją w trochę bardziej nostalgiczną, romantyczną, trochę łzawą, ale wciąż kochaną. Książka nie spodobała mi się nawet w połowie tak bardzo: była odrobinę zbyt krótka, a mimo to potrafiła trochę znudzić. 

Śniadanie u Tiffany'ego z niezapomnianą Audrey w roli głównej mogłabym polecić wszystkim, którzy w kinie szukają magii romantyzmu. Polubiłam ten film dopiero przy drugim podejściu, dlatego mam nadzieję, że niektórzy nie zrażą się do niego za pierwszym razem. To cudowny klasyk, naprawdę warto go znać!

30 komentarzy:

  1. Muszę nadrobić tę haniebną zaległość filmową;))

    OdpowiedzUsuń
  2. to jeden z moich ukochanych filmów. oglądam go często na poprawę humoru :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Najpierw muszę przeczytać książkę

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja przyznam szczerze, nie widziałam nigdy tego filmu... Jakoś nie ciągnie mnie do klasyków, ale pewnie kiedyś to się zmieni:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Cudowny film :) Chyba obejrzę go sobie dzisiaj kolejny raz :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ahh kto nie słyszał o "Śniadaniu"? :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Sporo słyszałam o "Śniadaniu u Tiffany'ego", ale ani nie oglądałam filmu, ani nie czytałam książki. Jednak z taką klasyką muszę się zapoznać, więc nadrobię to. :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Coś strasznego, wciąż nie obejrzałam tego filmu. :p Na pewno wkrótce to nadrobię. :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Słyszałam , ale nie widziałam filmu nie czytałam książki. Kolejne zaległości.

    OdpowiedzUsuń
  10. Oglądałam ten film kilka razy, zdecydowanie ma w sobie to "coś". A piosenkę "Moon River" uwielbiam wręcz! No i Audrey Hepburn - klasa sama w sobie.

    OdpowiedzUsuń
  11. Mnie ten film od pierwszego wejrzenia przypadł mi do gustu i tak już zostało, to tak jak piszesz sympatyczna i nostalgiczna opowieść z genialna rolę Audrey.

    OdpowiedzUsuń
  12. Od dawna mam ochotę na tę książkę, przecież to klasyka. Aż wstyd, że jeszcze tego nie czytałam.

    OdpowiedzUsuń
  13. niestety, ani film ani książka nie są mi znane ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Skoro warto to koniecznie muszę nadrobic :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Strach się przyznać, ale jeszcze nie widziałam...

    OdpowiedzUsuń
  16. Niestety film i książka jeszcze przede mną...

    OdpowiedzUsuń
  17. Najpierw książka, zdecydowanie;) Ale później postaram się obejrzeć film. Tak w ogóle, to chyba nie oglądałam żadnego filmu z Audrey Hepburn. A to niedobrze;)

    OdpowiedzUsuń
  18. film widziałam wieki temu
    chyba nie ma osoby, co nie zna tej historii
    po książkę jednak nie sięgnę

    OdpowiedzUsuń
  19. Film oglądałam , Audrey Hepburn jak zwykle olśniewająca a melodia z filmu i cudowna piosenka wprowadzają w marzycielki nastrój.
    Kiedyś będę musiała sięgnąć po książkę .

    OdpowiedzUsuń
  20. Film oglądałam, Hepburn była zachwycająca i świetnie grała.O książce dopiero myślę.)

    OdpowiedzUsuń
  21. Oglądałam film, nie przekonywał mnie z powodu, że jest stary. Ale mam pierścionek z aktorką, więc postanowiłam obejrzeć. Super! Nie żałuję :)
    Zobacz mój post o Twoim blogu ;)

    OdpowiedzUsuń
  22. Słyszałam, że film znacznie odbiega od treści książki, dlatego wciąż się waham, jak wyjść z opresji: przeczytać tylko książkę czy obejrzeć tylko film? Obawiam się rozczarowania spowodowanym dużą rozbieżnością pomiędzy tymi formami. Skłaniam się bardziej ku filmowi, ale jak to tak, oglądać ekranizację powieści bez poznania jego pierwowzoru? No i jak tu wyjść z tej opresji? ;)
    Studia, studia... Mój pierwszy tydzień w zeszłym roku wyglądał podobnie do Twojego: najpierw nie miałam Internetu, nie miałam czasu na blogowy świat... Także mieszkałam z koleżanką z liceum, ale nie wyszło nam to na dobre, dlatego mam nadzieję, że w Twoim przypadku wszystko się powiedzie :) Zazdroszczę Ci wolnego poniedziałku! W zeszłym roku też miałam ten przywilej, tyle że z piątkiem w roli głównej. Drugi rok natomiast nie napawa mnie optymistycznie: od rana do wieczora na uczelni, do tego trzeba znaleźć czas na specjalizację... Ale jakoś to będzie :)
    Trzymam za Ciebie kciuki, siostro studentko ;)

    OdpowiedzUsuń
  23. Kocham, kocham i jeszcze raz kocham! Mogłabym ten film oglądać codziennie.

    OdpowiedzUsuń
  24. Mimo kilku podejść nie udało mi się obejrzeć go w całości :)

    OdpowiedzUsuń
  25. Ja podobnie jak enjdżel.
    Nie ma się czym zachwycać, tyczy się zarówno Audrey jak i fabuła. Za słodko jak dla mnie; oprócz tego nudno jak diabli. Słowem (albo dwoma) wielkie rozczarowanie. Zupełnie nie rozumiem fenomenu tego filmu. Ode mnie dostaje słabiutką 5/10.

    OdpowiedzUsuń
  26. Marzę o tym żeby zmierzyć się z tym filmem. Bo chyba od niego właśnie zacznę i jestem pewna praktycznie na sto procent, że mi się spodoba. :)

    OdpowiedzUsuń
  27. Ja uwielbiam ten film. Nie wiem ile razy go już widziałam. Podoba mi się jego klimat, kreacje aktorskie są moim zdaniem świetne. Książkę także czytałam - zdziwiona byłam jak bardzo odbiega od filmu.

    OdpowiedzUsuń
  28. Jeden z moich ukochanych filmów. Ale podobnie jak Tobie, mnie także spodobał się dopiero za drugim podejściem:)

    OdpowiedzUsuń