Ads 468x60px

.

czwartek, 29 grudnia 2011

Książki roku 2011


Drogi czytelniku!
Podobno życie jest jak książka - by miało sens, przed rozpoczęciem nowego rozdziału trzeba zakończyć poprzedni. Właśnie dlatego największym wyzwaniem stojącym przed nami w grudniu są porządki - w domu, w sercu, ale też na półce z książkami. Postanowiłam podsumować dwanaście miesięcy w dwunastu zdaniach - opowiem Ci o lekturach, które zrobiły na mnie wrażenie (pozytywne i negatywne) w trakcie mijającego już 2011 roku.
Usiądź wygodnie i zatop się w lekturze.
Giffin

Książka, która/którą:
- chciałam przeczytać już od dłuższego czasu - Dopóki mamy twarze, C.S. Lewis
była najpiękniejszym prezentem urodzinowym - Chłopiec z latawcem, K. Hosseini
- postanowiłam przeczytać po obejrzeniu filmu - Zielona Mila, S. King
- zdjęłam z półki: "Klasyka" - Shirley, C. Bronte
- pozytywnie mnie zaskoczyła - Chwała mojego ojca..., M. Pagnol
- przeczytałam dzięki poleceniu - Biała jak mleko, czerwona jak krew, A. D'Avenia
- wygrałam - Obiecaj mi, P. Evans
- była najciekawszą lekturą w szkole - Lalka, B. Prus
- powinnam przeczytać, ale jeszcze tego nie zrobiłam - Norwegian Wood, H. Murakami
- chciałabym zobaczyć na ekranie - Zabić Jane, E. Spindler
kupiłam i odłożyłam na półkę - Kamienie przodków, A. Forna
- nie zdołałam przeczytać do końca - Alchemik, P. Coelho



PS. Jeśli tylko masz ochotę, opowiedz o "Książkach, które..." na swoim blogu lub w komentarzu :) Życzę Ci  udanego Sylwestwa i mam nadzieję, że spotkamy się ponownie w Nowym Roku!

wtorek, 27 grudnia 2011

Juniper Berry i tajemnicze drzewo - M.P. Kozlowsky

Liczba stron: 280
Ocena recenzenta: 7/10 (bardzo dobra)

Najpiękniejsze wspomnienia z dzieciństwa często wiążą się z książkami - rodzice czytający do snu, bajki opowiadane tak często, że potrafiliśmy odtworzyć je z pamięci i wreszcie pierwsze samodzielnie przeczytane teksty. Już sam rzut okiem na półkę: Literatura dziecięca wywołuje uśmiech na twarzy, a każdy powrót do tego typu książek rozpala w nas iskierkę radości. Chyba właśnie dlatego miałam ogromną nadzieję, że historia Juniper Berry przypadnie mi do gustu...

"Dom był pałacem, jezioro było basenem, Kicia była psem, a Juniper Berry - jedenastoletnią dziewczynką."
Sława i bogactwo nie gwarantują szczęścia... Przecież nawet dzieci wiedzą, że najważniejsza w życiu jest miłość. Tylko dlaczego ci, którzy nazywają siebie dorosłymi, zapominają o tym najczęściej?
Czy życie córki gwiazd filmowych może być ciekawe? Tak - odpowie niemal każdy, kto nie jest w jej skórze. Jednak Juniper nie nazwałaby siebie szczęśliwą, ale raczej samotną. Jedenastoletnia dziewczynka, która została bez ostrzeżenia okradziona z rodzicielskiej miłości czy choćby najmniejszej uwagi, zamknięta w złotej klatce ("Dom był pałacem..."), postanawia dowiedzieć się, dlaczego mama i tata z najwspanialszych ludzi na świecie zmienili się w maszyny do zarabiania pieniędzy. Razem z nowopoznanym przyjacielem - Gilesem - wyrusza na poszukiwania magicznego drzewa, które skrywa w sobie wiele tajemnic...
Marzenia bywają niebezpieczne - ostrzega Juniper i pewnie ma rację. Nie zawsze to, czego chcemy, jest dla nas dobre. Czasem szukamy szczęścia patrząc w niewłaściwym kierunku, a odwracając się plecami do tego, co jest na wyciągnięcie ręki. W myślach idealne, obrócone w rzeczywistość może rozczarować nas samych i zranić innych.

"To dziwne, pomyślała, on chce uciec ze świata, a ja chcę się tam dostać. Czy jest coś pośrodku?"

Dziecko nie będzie chwalić książki ze sztucznym uśmiechem na ustach, nie wybaczy nudnej fabuły, nie przymknie oka na niedoskonałości. Mały czytelnik oczekuje, że autor oczaruje go swoją wyobraźnią, uchyli drzwi do magicznego świata i pozwoli zostać w nim na dłużej razem z ciekawymi bohaterami. Być może właśnie dlatego stworzenie dobrej książki dla dzieci jest jednym z największych wyzwań stojących przed dorosłym już pisarzem...
Juniper Berry to jak najbardziej obiecujący debiut pana Kozlowsky'ego. Stworzona przez niego historia - choć oparta na dość często spotykanym motywie poszukiwania rodzicielskiej miłości - została wypełniona prawdziwie magicznymi miejscami i postaciami. Autorowi należą się brawa za bardzo oryginalne wykorzystanie balonów na potrzeby fabuły.

Nie sposób nie polubić głównej bohaterki, tym bardziej ciężko odłożyć tę książkę na półkę. Jestem pewna, że jeszcze kiedyś do niej wrócę, a was zachęcam nie tylko do przeczytania historii magicznego drzewa, ale też obejrzenia ilustracji, które zostały wykonane przez Erwina Madrid (autora grafik do filmów: Madagaskar i Shrek 2). Nie zapomnijcie też obejrzeć filmiku reklamującego książkę (pod tekstem), jest on po prostu niesamowity!

Czym byłaby książka dla dzieci bez wartościowego morału? Jedenastoletnia dziewczynka - Juniper Berry - swoją opowieścią uczy nas nie jednej, a kilku prawd - przede wszystkim pokazuje, że sława i pieniądze nie dają szczęścia, ale też udowadnia, że nasze marzenia nie zawsze są dla nas dobre...


Za możliwość napisania recenzji dziękuję wydawnictwu Esprit :)

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Smak marzeń - Sherryl Woods

Seria: Kroniki portowe (tom 1)
Liczba stron: 336
Ocena recenzenta: 6+/10 (dobra+)

Dla mnie marzenia zawsze miały smak i zapach powietrza. Wypełniają każdy nowy dzień, a my czasem nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Są lekkie, bo kiedy o nich myślimy, uśmiech nie schodzi nam z ust i jak motyle unoszą się do nieba - przecież jest tam ktoś, kto pomaga nam je realizować. O jakim Smaku marzeń opowiada Sherryl Woods w pierwszej części Kronik portowych?

"- Nie chcę, by wszyscy w mieście wzięli nas na języki.
- Wobec tego powinniśmy chyba usiąść przy osobnych stolikach - zasugerował żartobliwie.
- Gotowa jestem tak zrobić!"

Małżeństwo Micka O'Brien i Megan rozpada się - ona odchodzi od męża i dzieci, on rzuca się w wir pracy. Ich najstarsza córka, Abby, razem z ukochaną babcią bierze na siebie obowiązek zaopiekowania się rodzeństwem. Piętnaście lat później ta sama dziewczyna jest kobietą sukcesu samotnie wychowującą dwie córki. Na prośbę siostry wraca do  rodzinnej miejscowości, by pomóc Jess w przygotowaniach do otwarcia pensjonatu. Nieoczekiwanie musi stanąć twarzą w twarz z dawną miłością i odpowiedzieć sobie na pytanie, co jest dla niej najważniejsze...

Smak marzeń to przede wszystkim baśń o przebaczaniu.

To historia opowiadana już wcześniej na milion sposobów, niezbyt wymagająca i całkowicie przewidywalna, ale dzięki temu idealnie wpasowująca się w klimat zimowego wieczoru - poprawi humor i przeniesie nas na kilka chwil do świata, gdzie wszystko jest możliwe. Właściwie można chyba pokusić się o nazwanie jej bajką dla dorosłych - przecież "Smak marzeń" to opowieść o miłości, która musiała przejść długą drogę nim zakończyła się szczęśliwie. I tu pojawia się pytanie: Czy warto czytać takie lektury? Chyba każdy musi sam na nie odpowiedzieć. Niektórzy twierdzą, że życie jest zbyt krótkie, by zadowalać się dobrymi książkami (trzeba sięgać tylko po te najlepsze), ale jak zrozumieć dzieło sztuki bez przyjrzenia się kształtom na obrazie? Jak zachwycać się klasyką, gdy nie znamy emocji, jakie wzbudza w czytelniku lektura książek opowiadających o uczuciach towarzyszących nam każdego dnia? 

Lektura urzekła mnie w równym stopniu, co jej okładka. Znalazłam w niej trochę humoru, sporo miłości, ale nie zabrakło też chmur - smutku i problemów z przeszłości. Już od pierwszych stron polubiłam głównych bohaterów, którzy przez dwa popołudnia byli nie tylko fikcyjnymi postaciami, ale prawdziwymi ludźmi żyjącymi w mojej wyobraźni. Choć akcja skupia się głównie wokół Abby i Trace'a, czytamy nie tylko o ich miłości, poznajemy też rodzinę dziewczyny - babcię, która jest dobrym duchem całej opowieści, czy roztargnioną Jess, która pragnie zrealizować marzenie swojego życia. Wszyscy oni tworzą niezwykłą atmosferę... Mało tego - zapraszają nas do Chesapeake Shores i otwierają przed nami serca. Gdybym była lekarzem, podawałabym Smak marzeń jako lek na depresję, zły humor i zgubioną radość życia.

Sherryl Woods jest autorką ponad trzydziestu książek wydanych w Polsce. To wręcz niesamowite - jak stworzyć tak wiele unikalnych historii? Czy rzeczywiście każda z jej książek jest inna, oryginalna? Tego jeszcze nie wiem, bo Smak marzeń to moje pierwsze spotkanie z twórczością tej pisarki, ale mam nadzieję, że kiedyś będę mogła przekonać się na własnej skórze, jak potoczyły się dalsze losy bohaterów książki, o której opowiadałam wam dzisiaj! 

Za możliwość napisania recenzji dziękuję Mira&Harlequin :)

piątek, 23 grudnia 2011

Biedny Tom już wystygł - Maureen Jennings

Liczba stron: 358
Ocena recenzenta: 7-/10 (bardzo dobra)

U schyłku dziewiętnastego wieku, kiedy jeszcze nikt nie słyszał o Herkulesie Poirot, a Sherlock Holmes ledwie rozpoczynał długoletnią karierę, toczy się akcja trzeciej z siedmiu części przygód detektywa Murdoch. Jej sugestywny tytuł - Biedny Tom już wystygł - nie bez przyczyny naprowadza czytelnika na ślad zbrodni, przecież książki stworzone przez Maureen Jennings to rasowe kryminały... Czy na miarę wspomnianych klasyk? Przekonajmy się na własnej skórze!

"Światło padło na ciało Wickena. Leżał na lewym boku, przodem do drzwi. Wokół odkrytej głowy widniała aureola z krwi, która wsiąkała w jego jasne włosy. Nogi były skrzyżowane w kostkach...".

Klimatyczna okładka książki zaprasza czytelnika do spędzenia kilku godzin w towarzystwie Murdocha, który tym razem zajmuje się sprawą śmierci konstabla - Olivera Wickena. Notatka znaleziona przy ciele ofiary - "Życie bez twojej miłości jest nie do zniesienia. Wybacz mi" - jednoznacznie sugeruje samobójstwo, jednak doświadczony już detektyw nie do końca wierzy w coś, co na pierwszy rzut oka jest oczywiste. Rozpoczyna śledztwo, które ma wyjaśnić, dlaczego młody człowiek pożegnał się z życiem, pozostawiając matkę i chorą siostrę na łasce losu...
Jednocześnie myśli Mordocha krążą wokół tematów bardziej przyziemnych. Męczy go ból zęba, ale też wspomnienie kobiety, która prosiła o pomoc, gdy zabierano ją do szpitala psychiatrycznego. Czy pani Eakin i jej rodzina mają coś wspólnego ze śmiercią Wickena?

"Pomocy - wyszeptała. - Proszę, niech mi pan pomoże."

Choć książka jest kontynuacją "Ostatniej nocy jej życia" i "Pod gwiazdami smoka", czytanie jej bez znajomości poprzednich części nie stanowi żadnego problemu.

Derek Jacobi w roli Króla Leara
Jeszcze przed rozpoczęciem lektury warto zwrócić uwagę na okładkę książki oraz jej tytuł. Ten drugi został zaczerpnięty z Króla Leara:

"Gloucester: Kość z kości naszej i krew z naszej krwi
Tak się spodliły, panie, że nienawiść
Czują do własnych rodziców
Edgar: Biednemu Tomkowi zimno*"
* ang. Poor Tom is Cold

Dlaczego autorka postanowiła zacytować Shakespeare'a? To zagadka, której wyjaśnienie czeka na nas na ostatnich stronach, okazuje się bowiem, że cytat ten w dużym stopniu streszcza fabułę książki pani Jennings.

Oryginalny tytuł to tylko jedna z wielu zalet książki. Na pochwałę zasługuje przede wszystkim jej wielowątkowość. Choć akcja toczy się głównie wokół zagadki śmierci młodego człowieka, w lekturze nie brakuje elementów powieści obyczajowej. Poznajemy problemy, radości i nadzieje zwykłych ludzi, którzy codziennie stykają się z prawdziwymi potworami próbującymi zatruć życie wszystkich wokół. Patrzymy na świat oczami nie tylko detektywa, ale też kobiety zamkniętej w zakładzie dla psychicznie chorych czy członków powszechnie szanowanej rodziny, którzy w czterech ścianach swojego domu skrywają wiele sekretów...

Jakość kryminału najłatwiej ocenić patrząc na jego zakończenie - czy nas zaskoczyło? Czy łączy się w logiczny sposób z całością i splata wszystkie wątki w jeden? W przypadku "Biednego Toma..." odpowiedź trzykrotnie brzmiałaby: "Tak". Cieszę się, że mogłam poznać detektywa Murdocha i już dzisiaj nie mogę się doczekać kolejnych części serii. Jestem pewna, że i wy go polubicie, więc jeśli tylko nadarzy się okazja, spróbujcie razem z Williamem rozwiązać zagadkę śmierci młodego konstabla!

"Murdoch mysteries" to serial, którego fabuła została oparta na książkach autorstwa Maureen Jennings. Akcja powstałych do tej pory czterech sezonów - na wzór lektur - toczy się w Toronto pod koniec XIX wieku. Już sam trailer "Detektywa Murdoch" jest zachwycający (można go obejrzeć poniżej), co się tyczy samego serialu - do tej pory obejrzałam ledwie kilka pierwszych odcinków, ale już teraz mogę go polecić z czystym sumieniem. Jest to pozycja obowiązkowa nie tylko dla fanów "Biednego Toma..." i innych części serii, ale też wszystkich miłośników dobrych kryminałów. Ciekawskich zachęcam do odwiedzenia strony internetowej, na której opracowano ciekawostki i informacje dotyczące serialu.



Za możliwość napisania recenzji dziękuję wydawnictwu Oficynka :)

środa, 21 grudnia 2011

Na jeden wieczór - Różnotematycznie

Opowiem wam dzisiaj o trzech książkach, które można przeczytać w ciągu zaledwie kilku chwil. Będzie trochę o Japonii, nie zabraknie też muzyki i zbrodni... wszystko w odpowiednich dawkach - w sam raz na jeden wieczór.

Jedwab Alessandro Baricco
Liczba stron: 108

"To dziwne cierpienie. (...) Umierać z tęsknoty za czymś, czego nigdy nie przeżyjesz."

Jedwab to historia pełna niedomówień. Jej niezwykłość polega na tym, że nawet główny bohater jest jedynie osobą obserwowaną przez czytelnika z pewnej odległości - nie możemy go uważać za przyjaciela czy wroga, gdyż nie znamy jego uczuć, a sama lektura jest zbyt krótka by lepiej zrozumieć charakter tego człowieka. W dużym stopniu odbiór treści zależy od czytającego, jego nastawienie i wyobraźnia odgrywają główną rolę w interpretacji książki.


Kiki van Beethoven Eric-Emmanuel Schmitt*
Liczba stron: 147

"Wszystko zaczęło się w sklepie ze starociami, gdy stanęłam twarzą w twarz z maską Beethovena. Gapie krążyli wokół, zupełnie go nie dostrzegając, ich oczy prześlizgiwały się po nim...".

Kiki van Beethoven to jedna z niewielu książek, które trzeba najpierw poczuć, a dopiero potem przeczytać. Warto spędzić chwilę wpatrując się w klimatyczną okładkę i słuchając muzyki z płyty dołączonej do lektury. Jeśli chodzi o sam tekst, został on podzielony na dwie części - pierwsza przedstawia losy kobiety, która zapomniała już o miłości do Beethovena, druga to historia pisarza próbującego "ująć w zdanie to, co muzyka opowiada w dźwiękach". Jeśli warto spędzić popołudnie z tą książką, to przede wszystkim by dowiedzieć się, jakie melodie może grać w nas muzyka.


Karty na stół Agata Christie
Liczba stron: 238

"Oczami umysłu można zobaczyć więcej niż oczami ciała. Trzeba się oprzeć i zamknąć oczy...".

Kolejne śledztwo Herkulesa Poirota. Tym razem detektyw mierzy się ze "zbrodnią doskonałą". Jej ofiarą pada człowiek pełen podziwu dla morderców-artystów, czyli tych którym udało się uniknąć kary za popełnione przestępstwa. Nie jest to jedna z tych książek, jakie mogłabym polecić na pierwsze spotkanie z twórczością pani Christie, ale z pewnością ma swój urok i warto do niej zajrzeć...

* Książkę dostałam od Kreatywy, która zorganizowała konkurs na swoim blogu, dziękuję :)

piątek, 16 grudnia 2011

O modlitwie. Listy do Malkolma - C.S. Lewis

Liczba stron: 190
Ocena recenzenta: 8/10 (świetna!)

W czasach, kiedy dla wielu bycie chrześcijaninem oznacza konieczność odwiedzenia kościoła dwa razy w roku i jest raczej powodem do wstydu niż dumy, wciąż zbyt rzadko zadajemy sobie pytanie: "Czym dla mnie jest wiara?". Odpowiedź na nie - choć niezwykle ważna - jest dopiero pierwszym krokiem na drodze do stworzenia miejsca dla Boga w swoim sercu. Ci, którzy zdecydują się nią podążać, potrzebują odpowiednich butów - właśnie nimi powinna być dla nas modlitwa. O szczerej rozmowie z Bogiem opowiada Lewis w książce "O modlitwie. Listy do Malkolma".

"Gdzie byłbym teraz, gdyby Bóg spełniał wszystkie głupie prośby, z którymi się do Niego zwracałem?"

"O modlitwie. Listy do Malkolma" to powieść epistolarna stanowiąca zbiór dwudziestu dwóch listów, które C.S. Lewis zaadresował do przyjaciela istniejącego jedynie w jego wyobraźni. Książka została wydana w roku  1964, czyli już po śmierci autora.
Jak sam tytuł wskazuje, ta krótka lektura pozwala czytelnikowi spojrzeć na modlitwę oczami twórcy Opowieści z Narnii czy Dopóki mamy twarze. Jego przemyślenia dotyczą między innymi tego kiedy, jak i dlaczego on sam rozmawia z Bogiem i mogą stanowić źródło cennych wskazówek dla tych, którzy nie są pewni siły i wartości swojej modlitwy.

"Gotowa formułka nie może służyć mi do rozmowy z Bogiem, tak jak nie mogłaby mi służyć do rozmowy z Tobą."

Tuż po przeczytaniu opisu lektury nasuwa się pytanie: "Dlaczego autor postanowił "stworzyć" przyjaciela - Malkolma - którego uczynił odbiorcą listów? Czy nie mógł napisać swojej książki tak, jak zapewne zrobiliby to inni - w formie zwykłej powieści lub pamiętnika?". Jeśli miałabym odpowiedzieć na nie dzisiaj, kiedy dosłownie kilka chwil temu skończyłam czytać "O modlitwie", pewnie powiedziałabym, że Lewis nie chciał, by jego słowa przybrały formę pouczenia, miały być one raczej próbą przedstawienia swojej opinii na tematy niezwykle ważne, ale też często drażliwe. Tym sposobem czytelnik stał się nie uczniem słuchającym kolejnego w życiu kazania, ale obserwatorem dopuszczonym do najbardziej prywatnych myśli autora. Nie można powiedzieć, że "Listy do Malkolma" to poradnik, ale z pewnością nie jest to też typowa książka. Pan Clive staje się na moment przewodnikiem dla tych, którzy zechcą otworzyć swoje serca dla Boga.

"Żeby mógł istnieć świat albo Kościół, potrzeba najróżniejszych ludzi."

Lewis w swojej książce opowiada o modlitwie, która powinna być szczerą rozmową z Bogiem. W jego odczuciu dialog ze Stwórcą nie może polegać na powtarzaniu wciąż tych samych formułek. Autor podkreśla jednak, że dla każdego jest to doświadczenie bardzo subiektywne i wszyscy możemy odbierać je inaczej. Jestem przekonana, że każdy człowiek zainteresowany sprawami wiary znajdzie w tej książce coś dla siebie. Ja natrafiłam w niej nie tylko na przepiękne cytaty, ale też zapewnienie, które bardzo podniosło mnie na duchu - że monolog też może być sposobem rozmowy ze Stwórcą.

"Dla mnie słowa stanowią tak czy inaczej sprawę drugorzędną."

Mimo iż "O modlitwie" to lektura bardzo krótka, nie można przeczytać jej zbyt szybko, by nie umknęły nam najważniejsze szczegóły. Każdy list to kolejna okazja do zastanowienia się nad tym, jak wygląda moja modlitwa - czy robię to właściwie, czy może czuję, że coś jest nie tak? Jeśli to drugie - warto zastanowić się, gdzie znaleźć siłę, by to zmienić?
Kiedy dziecko kończy dwa lata, zaczyna patrzeć na świat z niezwykłą ciekawością, wciąż zadaje pytania (Co to jest? A to? A tamto?). My, jako Boże dzieci, powinniśmy z podobnym zainteresowaniem wciąż zastanawiać się - jak być dobrym chrześcijaninem?
Ciężko jest mi nazywać tę książkę dobrą, czy rewelacyjną, bo w moim odczuciu treści w niej zapisane wychodzą poza papierowe ramy, kształtują czytelnika na nowo jako tego, który rozmawia z Bogiem.

Za możliwość napisania recenzji dziękuję wydawnictwu 
Esprit :)

wtorek, 13 grudnia 2011

Wiktoriańska herbaciarnia - D. Macomber

Kategoria: Literatura obyczajowa
Liczba stron: 336
Ocena recenzenta: 6+/10 (dobra+)

Książka jest jednym z tomów "Zatoki Cedrów".

Gdy za oknem szaro-buro, zapach gorącej czekolady i książki o magicznych tytułach przyciągają czytelników ze zdwojoną siłą. Jeśli macie ochotę na wciągającą powieść obyczajową, odwiedźcie razem ze mną "Wiktoriańską herbaciarnię", by przekonać się, czy pokochacie zapachy unoszące się w powietrzu...

"(...) czyż nie na tym polega miłość, że dobro tych, których kochamy, stawiamy na pierwszym miejscu?"

Witajcie w Cedar Cove - niewielkim miasteczku, którego duszą są mieszkańcy, a sercem - panująca wszędzie atmosfera przyjaźni i miłości! Jeśli jesteście tu nowi, musicie koniecznie poznać wszystkich po kolei. Najpierw Justine i Seth... Wybaczcie im te ponure miny, przechodzą bardzo ciężki okres w swoim życiu. Restauracja, której poświęcali się bez reszty, spłonęła. Jak to zwykle bywa, pożar nie tylko zapoczątkował problemy finansowe, ale też stał się powodem kłotni małżeńskich. Dalej Jon i jego żona, która jest już w bardzo zaawansowanej ciąży. Oczywiście są też Linette, Grace i Cal. A Teri? Jak zwykle w podróży, tym razem poleciała chyba z Bobby'm do Nowego Yorku. Brakuje tylko Aarona. Jego zniknięcie w noc po pożarze restauracji utwierdziło mieszkańców miasteczka w przekonaniu, że to właśnie on jest winny podpaleniu... wszystkich prócz zakochanej w nim dziewczyny, Allison. Macie ochotę poznać tych ludzi? Z pewnością chętnie przyjmą was do swojego grona. Usiądźcie i częstujcie się... 'Wiktoriańską herbaciarnią'!

"Wiktoriańska herbaciarnia" to nie tylko magiczny tytuł i równie piękna okładka, ale przede wszystkim powieść obyczajowa wprost idealna na zimowy wieczór. Przeczytałam ją w ciągu jednego dnia, co ostatnio nie zdarza się zbyt często, a to głownie ze względu na doskwierający wszystkim brak czasu. Nie potrafiłam odłożyć jej na bok nawet w środku nocy, kiedy mój wzrok zaczął odmawiać posłuszeństwa, a powieki stawały się coraz cięższe...
Książka, choć zdecydowanie można ją zakwalifikować do kategorii lekkich lektur, wymaga od czytelnika pełnego skupienia, głównie ze względu na bohaterów, których jest po prostu mnóstwo! Momentami było mi naprawdę ciężko przypomnieć sobie kto jest kim, ale dzięki temu akcja powieści jest niesamowicie szybka, a my czytamy kolejne strony z radością. Skoro już mowa o bohaterach, tych można tylko wychwalać. Nie są wolni od wad, nikt też nie może narzekać na brak problemów, dzięki temu świat przedstawiony przez Debbie Macomber jest jakby bardziej realny. W trakcie lektury można mieć wrażenie, że ludzie, o których czytamy w "Wiktoriańskiej herbaciarni" są prawdziwi, mieszkają gdzieś na końcu świata - w niewielkim miasteczku o magicznej nazwie Cedar Cove (Zatoka Cedrów). Każda para - bo przecież książka opowiada głównie o miłości - zdobywa naszą sympatię w inny sposób. Seth i Justine, których poznajemy na początku, borykają się z wieloma problemami. Nie potrafią znaleźć wspólnego języka, a czytelnik (trafiając w sam środek konfliktu) kibicuje w duchu ich miłości lub rozstaniu. Anson i Allison uczą nas, czym jest wzajemne zaufanie i jak ważną odgrywa ono rolę w związku. Z kolei Teri i Bobby to para rodem z harlequinu. Czytamy o nich z uśmiechem na twarzy, bo przecież nawet ich pierwsze spotkanie było dość niezwykłe.
Jeśli miałabym zarzucić coś "Wiktoriańskiej herbaciarni" to jedynie pierwsze wrażenie, jakie może wywrzeć na czytelniku. Akcja książki ma bowiem niewiele wspólnego z jej tytułem. Szczerze mówiąc liczyłam na to, że będzie się ona toczyła właśnie w herbaciarni, gdzie ludzie rozmawiają na przeróżne tematy, tymczasem wcale tak nie jest.  Początkowy zawód mija jednak bardzo szybko, a my bez przeszkód możemy cieszyć się dalszą lekturą!

"Wiktoriańska herbaciarnia" to jedna z książek, które możecie wygrać w konkursie organizowanym przez wydawnictwo Mira & Harlequin. Czasu jest niewiele - trzeba jeszcze w tym tygodniu (do 18.12) napisać list do Mikołaja, w którym przekonacie swojego ulubionego świętego, że zasłużyliście na książkowy prezent ;) Szczegóły tutaj.

piątek, 9 grudnia 2011

Biała jak mleko, czerwona jak krew - A. D'Avenia

Kategoria: Literatura piękna
Liczba stron: 312
Ocena recenzenta: 6/10 (dobra)

Zielony to nadzieja, żółty oznacza działanie, niebieski jest przyjaźnią, a co z pozostałymi barwami? Każda coś symbolizuje, bo każde uczucie jest kolorem. Życie składa się z czerwonych momentów szczęścia i białych godzin smutku. Jeśli zwrócimy uwagę na otaczającą nas tęczę emocji, już nigdy nie nazwiemy codzienności szarą rzeczywistością...

"Ludzie są trochę jak gwiazdy - świecą, choć czasem z bardzo daleka, ale świecą, i zawsze mają jakąś ciekawą historię do opowiedzenia..."

Leo jest poszukiwaczem największego skarbu - marzenia swojego życia. Nie wie, jaki jest jego smak i zapach, wie jednak, że ma ono odcień ognistorudych włosów Beatrice, jest czerwone jak miłość, pierwsza miłość - ta najbardziej intensywna. Wypełnia jego umysł i serce, nie pozwala myśleć o niczym innym, a jednak wciąż jest gdzieś daleko, za białym murem milczenia, niewypowiedzianych słów i niewysłanych wiadomości. Leo zachłysnął się miłością. Szkoła i przyjaciele stracili na znaczeniu, stali się bladym tłem opowieści. Jedyne osoby, które nie odwróciły się od niego i potrafią go zrozumieć to historyk nazywany Naiwniakiem oraz przyjaciółka Sylwia. Czy uczucie może być nauczycielem? Jeśli tak, czy Leonardo odkryje dzięki miłości czym jest poświęcenie i wreszcie - życie?

"A ty, Leo, co kochasz? O czym myślisz, kiedy nie myślisz o niczym?"

Szukałam w tej książce magii. Znalazłam ją - przede wszystkim w przepięknych cytatach - ale tylko w niewielkim stopniu. Książka ma oczywiście sporo zalet. Przede wszystkim jej tytuł czaruje jeszcze przed rozpoczęciem lektury, a samo czytanie mija w niesamowicie krótkim czasie, a to za sprawą prostego języka. Autorowi należy się pochwała za rewelacyjną grę kolorów oraz stworzenie naprawdę wartościowej pozycji dla młodzieży. "Biała jak mleko..." to nie tylko opowieść o życiu Leo, ale też o nas samych. Zmusza ona czytelnika do postawienia sobie pytania: "Czy ja potrafię kochać"? Niestety to współczesne Love Story ma także kilka wad. Przede wszystkim bohaterowie - Leonardo jest trochę dziecinny, nie do końca rozumie sytuację, w której się znalazł, a przede wszystkim ocenia swoją miłość bardzo powierzchownie. Co kocha w Beatrice? Oczywiście jej ognistorude włosy. Co jeszcze? Ciężko powiedzieć. Z kolei jego ukochana łączy w sobie sprzeczności - czasem jest niesamowicie inteligentna, innym razem zadziwia dziecinnością. Najciekawszą postacią jest Sylwia, trochę nieśmiała, bardzo mądra i zawsze wierna. Szczerze mówiąc najbardziej zdziwiło mnie zakończenie, może nie pod względem tego co się wydarzyło, bo to można było odgadnąć niemal na samym początku, ale raczej jak główny bohater opisuje swoje emocje.

"Nie wyrzekaj się swoich marzeń! Nawet wtedy, gdy inni śmieją się z ciebie za plecami. Wyrzekłbyś się samego siebie."

Przyznaję, że oczekiwałam czegoś zupełnie innego. Chciałam, by ta książka naprawdę mnie zachwyciła, tymczasem mogę ją ocenić jako dobrą, ale nie rewelacyjną. Polecam wam "Białą jak mleko..." ale już nie z tak wielkim zapałem jak ten, z którym podchodziłam do lektury.

Książka ze stosu 'mikołajowego', znaleziona na allegro w rewelacyjnej cenie ;) Wciąż czuję się zachwycona jej oprawą graficzną i rozczarowana treścią, ale myślę, że wrócę do niej po jakimś czasie...

------------
 Weekend! Książki, książki i... matematyka :)

środa, 7 grudnia 2011

Angielski nie gryzie!

Tytuł: Angielski nie gryzie! Innowacyjny kurs od podstaw. Aktywna nauka słownictwa i gramatyki za pomocą ćwiczeń
Autor: Agata Nowak
Wydawnictwo: Edgard
Liczba stron: 168
Rok wydania: 2011
Cena: 24,90 zł.
Ocena recenzenta: 7/10 (bardzo dobra!)

Marzenia naszego życia często wiążą się z chęcią podróżowania, poznawania nowych ludzi, czy poszerzania horyzontów. W czasach, kiedy świat stoi przed nami otworem, jedyną przeszkodą na drodze do celu może być bariera językowa. Jak ją pokonać? Jeśli chcesz poznać od podstaw jeden z najpopularniejszych języków, usystematyzować zdobytą już wiedzę lub skutecznie przygotować się do ważnego sprawdzianu, a korepetycje uważasz za stratę czasu i pieniędzy, pomyśl o kursie w formie książkowej...

"Angielski nie gryzie!" to kurs przygotowany z myślą o osobach rozpoczynających naukę języka angielskiego. Książka została podzielona na trzynaście rozdziałów, z których każdy porusza tematy najbardziej podstawowe. Lektura jest wypełniona po brzegi dialogami, ciekawostkami, czy gramatyką. Znajdziemy w niej także ciekawostki dotyczące kultury i testy sprawdzające zdobytą już wiedzę. Trudność zagadnień zwiększa się proporcjonalnie do umiejętności, tak aby czytelnik nie czuł się już od pierwszych stron przytłoczony nadmiarem informacji.
Nie oszukujmy się - sam zakup książki nie sprawi, że wiedza w cudowny sposób wpłynie do naszego umysłu, ale jest to pierwszy krok w odpowiednim kierunku. Przeglądałam ją jako osoba, która uczy się języka angielskiego od jedenastu lat i muszę przyznać, że ta krótka powtórka bardzo mi pomogła. Pamięć niestety nie jest wieczna, dlatego warto ją czasem odświeżyć, przypominając sobie choćby słówka i konstrukcje związane z jedzeniem czy zakupami. Co więcej, rozwiązywałam zadania gramatyczne z uczniem pierwszej klasy gimnazjum i myślę, że zostały one przygotowane bardzo solidnie. Nie znajdziemy ich co prawda dużo, ale taka ilość na poziomie podstawowym jak najbardziej wystarczy. Najmocniejsze strony 'angielskiego, który nie gryzie' to z pewnością ciekawostki kulturalne umieszczone na marginesach i podział na rozdziały tematyczne. Osoba początkująca nie powinna mieć problemów z wchłonięciem materiału, który został przygotowany dla samouka. Uczenie się słówek to 'typowa pamięciówka', w tym zakresie nie potrzebne są żadne tłumaczenia. Jeśli zaś chodzi o gramatykę - z pewnością pomocne będą odpowiedzi dołączone do książki. Polecam tym, którzy chcą zacząć naukę oraz ludziom, którzy pomagają komuś w nauce.

Czy można się nauczyć języka na własną rękę? Jeśli znajdziemy w sobie motywację i poświęcimy sprawie odpowiednią ilość czasu, z pewnością tak! Same chęci nie wystarczą - potrzebna jest ciężka praca w oparciu o starannie przygotowane materiały. Jednym z nich może być "Angielski nie gryzie!". Twórcy książki oferują czytelnikowi nie tylko strony wypełnione tekstem, ale też nagrania prawidłowej wymowy w wykonaniu profesjonalnych lektorów, bo przecież z językiem trzeba także się osłuchać... Zainteresowanym nauką języka polecam częste korzystanie z książki przy jednoczesnym słuchaniu anglojęzycznych piosenek i oglądaniu filmów. Zapraszam was także do poszukania stron (penfriend clubs), na których możecie poznać ludzi z całego świata i porozmawiać z nimi... oczywiście po angielsku!
Czy warto marnować cenny czas na naukę? Zdecydowanie tak. Obecnie znajomość przynajmniej jednego języka obcego jest niemal koniecznością, a angielski wcale nie jest taki trudny (zwłaszcza gdy porównamy go na moim przykładzie z francuskim :)).


Za możliwość napisania recenzji dziękuję wydawnictwu Edgard :)

sobota, 3 grudnia 2011

Dom jedwabny - A. Horowitz


"Sherlock Holmes powraca!" - Jakie emocje może wywołać to krótkie zdanie w osobie, która nie zetknęła się dotąd z twórczością Arthura Doyle'a? Przede wszystkim ciekawość, ale też z pewnością sceptycyzm, bo przecież twórcą "Domu jedwabnego" nie jest człowiek, który wykreował postać najsłynniejszego na świecie detektywa. Która z nich powinna przeważyć? Oczywiście ta pierwsza!

"Pokażcie Holmesowi kroplę wody, a wydedukuje istnienie Atlantyku. Pokażcie ją mnie, a zacznę szukać kranu."

"Dom jedwabny" to przede wszystkim starannie nakreślony portret dwóch przyjaciół, o których świat usłyszał po raz pierwszy ponad sto lat temu. Pierwszym z nich jest Doktor Watson spełniający w powieści rolę narratora. Człowiek ten nie tylko towarzyszy Sherlockowi Holmesowi w trakcie jego pracy, ale też spisuje przygody jednego z najsłynniejszych detektywów. Jest on przewodnikiem po fikcyjnym świecie akcji, a jednocześnie pomaga zrozumieć geniusz mężczyzny, z którym współpracuje. Drugim jest oczywiście wspomniany już pan Holmes, człowiek wysoki i niezwykle chudy, starannie dobierający swój ubiór, kojarzony przede wszystkim z lupą i charakterystyczną czapką z daszkiem.

Edmund Carstairs odwiedza Holmesa w jego własnym mieszkaniu, by opowiedzieć słynnemu detektywowi o człowieku, który go prześladuje. Mężczyzną tym jest najprawdopodobniej Keelan O'Donoghue, członek amerykańskiego gangu, pragnący zemścić się za śmierć brata. Detektyw odnajduje podejrzanego w hotelu i - choć mogłoby się zdawać, że to już koniec tej historii - właśnie wtedy rozpoczyna się przygoda, która ściąga na naszych bohaterów niewyobrażalne niebezpieczeństwo. Trafiają oni na ślad ogromnej afery. Siadają do stołu by zagrać w grę, w której zwycięzca bierze wszystko...

"Zdarzają się, jak sądzę, takie chwile, kiedy człowiek wie, że dotarł do końca długiej podróży, gdy świadom jest - choć jeszcze nie widzi ostatecznego celu - że wystarczy mu skręcić za najbliższy róg, że kres drogi jest tuż-tuż."

Czerwona czcionka na szaro-czarnym tle informuje czytelnika, że za sprawą "Domu jedwabnego" pozna on nowe przygody Sherlocka Holmesa. Jeśli to zapewnienie nie jest wystarczającą zachętą do przeczytania książki, pozostaje jeszcze zwrócić uwagę na nazwisko autora. Anthony Horowitz jest twórcą "Księg pięciorga", które goszczą na moich półkach od wielu lat. Choć nie jestem w stanie określić, o czym myślałabym czytając je dzisiaj, mogę was zapewnić, że wciąż jeszcze pamiętam ciekawość i ukłucia strachu, jakie towarzyszyły mi w trakcie śledzenia przygód Matta i jego przyjaciół. Co więcej, ten mający pięćdziesiąt pięć lat człowiek stworzył serię o Alex Riderze (której jedna część została zekranizowana) czy "Upiorną szkołę".

Przyznam szczerze, że jeszcze przed lekturą byłam bardzo pozytywnie nastawiona do tej książki, a to za sprawą jej autora, którego bardzo cenię. Jak przyznał sam Horowitz, dzieła Arthura Doyle'a były dla niego inspiracją do rozpoczęcia pracy twórczej, z pewnością więc zdawał on sobie sprawę, jak trudnego podjął się zadania, decydując się ożywić na moment Sherlocka Holmesa i doktora Watsona. Czy podołał wyzwaniu? Zdecydowanie tak! "Dom jedwabny" to lektura, którą można przeczytać na jednym wdechu. Z każdą kolejną stroną coraz bardziej ciekawi i intryguje. Na pochwałę zasługuje niesamowite zakończenie, które jednocześnie zaskakuje i logicznie tłumaczy kolejne niewiadome, a przede wszystkim łączy dwie sprawy, które co prawda przeplatały się ze sobą przez całą książkę, ale nie miały niemal nic wspólnego.  Choć mogłabym opowiedzieć o tej książce znacznie więcej, nie napiszę już ani słowa, by nie zepsuć wam radości czytania. Dodam jedynie, że po prostu musicie to przeczytać!

"Dzieciństwo jest wszakże pierwszą wartościową monetą, z jakiej ubóstwo okrada dziecko."

Po śmierci Sherlocka doktor Watson był jedyną osobą, która mogła opowiedzieć historię Domu Jedwabnego. Po stu latach, wyjęta z sejfu, ujrzała ona światło dzienne.... Gra rozpoczęta, czytelniku. Czy podejmiesz wyzwanie rozwiązania ostatniej zagadki?

Za możliwość napisania recenzji dziękuję wydawnictwu Rebis :)